piątek, 31 marca 2017

Dobry kontent



Czasami zastanawiam się, ile osób pisze bloga, ponieważ to rzeczywiście ich pasja, a ile widzi w tym tylko rutynę. Po pewnym czasie odechciewa się myśleć nad recenzjami, nagrywać filmiki na kanał, wstawiać zdjęcia na Instagrama i... publikuje się byle co. Właśnie tutaj leży problem - blogerzy zaśmiecają swoje własne strony tylko ze względu na to, że wypadałoby coś wrzucić, gdyż mają ustalone dni tygodnia, w które zamieszczają wpisy albo zwyczajnie nie mają pomysłu, co ze sobą zrobić i tworzą teksty proste, niewymagające i myślą sobie a, w to kliknie dużo osób, będzie sporo komentarzy (nie ważne, że nic nie znaczących).

Denerwuje mnie fakt, że po pewnym czasie, jak zanika zainteresowanie własnym blogiem lub kiedy bloger ma gorszy dzień, to zamiast go przeczekać, zamiast dać sobie czas, aby popracować nad nowym, lepszym konceptem, to wrzuci cokolwiek - jakieś zestawienie, jakiś tag, najlepiej jeszcze, żeby było więcej obrazków niż tekstu, ponieważ wtedy ludzie tylko przelecą wzorkiem i naskrobią małe co nieco w komentarzach. Przecież i statystyki pójdą w górę, i człowiek za bardzo się nie namęczy i pójdzie spać zadowolony.

W gruncie rzeczy nic nie mam do tagów, nic nie mam do zestawień, aczkolwiek faktem jest, że na moim blogu liczba podobnych postów nawet nie zbliżyła się do tuzina (u mnie akurat wynika to z faktu, że nieszczególnie lubię się bawić w takie rzeczy). I fajnie jest od czasu do czasu wrzucić coś luźnego, ale proszę, nie przesadzajmy. Zaczynamy żyć w kulturze, gdzie liczy się tylko liczba wejść, komentarzy czy obserwatorów. Broń Boże ominąć dzień publikacji, bo zaraz ktoś nas unfollownie i wtedy będziemy się przed 2 lata zastanawiać, co tamtego dnia zrobiliśmy źle.

Przestańmy tak bardzo czepiać się statystyk. Straciłeś jednego obserwatora? Tragedia. A nie lepiej zobaczyć, że poza tą jedną jedyną osobą nadal obserwują Cię setki innych? Nie lepiej zdać sobie sprawę, że ta osoba i tak pewnie nigdy nie czytała Twoich postów, nie komentowała, więc co tak się przejmujesz? Zapewne Ty też odfollowowałeś w ostatnim czasie jakieś konto bez mrugnięcia okiem, a teraz rozpaczasz, że ktoś inny usunął Cię z listy obserwowanych.

Zwracajcie uwagę na to, co publikujecie. Czy Wy z chęcią przeczytalibyście podobny post czy raczej piszecie go tylko z myślą, że nie macie pomysłu na wpis, a za to i tak skoczą Wam statystyki? Wychodzę z założenia, iż lepiej nawet zrobić sobie tygodniową przerwę, jeśli nie macie weny, trochę posiedzieć, podumać i w końcu napisać coś sensownego. Nikt nie przejmie się Waszą nieobecnością, a jeśli tęskno im będzie do Waszych wpisów, to tylko podwójnie ucieszą się po dłuższej przerwie - ponieważ w końcu publikujecie. Odnosi się to nie tylko do blogów, lecz również do Instagrama czy YouTube'a - pomyślcie nad zawartością, czy rzeczywiście warta jest zachodu innych.

Żyjemy w społeczeństwie nieskończonego scrollowania, bezmyślnego przewijania, przelatywania wzrokiem co dłuższych tekstów. Nie kultywujemy już dobrych artykułów, a bazujemy na łatwych, lecz słabych i ubogich w treści. Coraz trudniej znaleźć stronę, na której widać, że ktoś długo pracował nad tekstem, że nie liczy się dla niego ilość słów, lecz to, czy rzeczywiście przekaże czytelnikowi wartościowe informacje. Z historii naszych przeglądarek wylewają się clickbaity, zaledwie ułamek z przejrzanych stron zawierały temat, który rzeczywiście nas interesował. Czy rzeczywiście my, jako autorzy blogów, chcemy przyczyniać się do promowania bezcelowych artykułów? Czy statystyki mają nam przesłaniać oczy, czy one mają dyktować nam, co wrzucimy na własną stronę?

Bądźmy bardziej świadomi.

PS Cholernie zainspirował mnie filmik Gonciarza o zaśmiecaniu Internetu, koniecznie go obejrzyjcie. Mam nadzieję, że da trochę do myślenia.

piątek, 24 lutego 2017

Riordan razy 3 ("Młot Thora", "Ukryta wyrocznia", "Berło Serapisa i inne opowiadania")



Zawsze się zastrzegam, że będę czytać książki Ricka Riordana, nie ważne, ile on ich jeszcze napisze i w jakim stopniu będą mnie one realnie interesowały. W końcu siedzę w jego powieściach już od niemal siedmiu lat i mam do niego ogromny, dziecinny wręcz sentyment. Ale czytałam ostatnio jego najnowsze pozycje i z tyłu głowy pojawiła się myśl, że może czas Riordana powoli odkładać na półkę i go tam zostawić.

Najbardziej rozczarował mnie Młot Thora, drugi tom Magnusa Chase'a i bogów Asgardu, inspirowany mitologią nordycką (recenzję pierwszej powieści z serii możecie znaleźć TUTAJ). Wszystko tutaj jest dla mnie nowe, ponieważ o Wikingach i ich wierzeniach, wiem tyle, co nic. O ile powiew świeżości dało się wyczuć w Mieczu lata, tak tutaj nic nie ratuje i nic nie zasłania przeciętnej, nudnej fabuły. Niby sporo się dzieje, niby powieść po brzegi wypakowana akcją, lecz jakoś tak bez polotu. Do powieści z potencjałem wkrada się schematyczność, nawet wielokrotnie wystawiane na piedestały, typowe dla Riordana poczucie humoru niespecjalnie ratuje sytuację. Nie zaprzeczam, jakobym przez cały czas siedziała z kamienną twarzą i ani razu nie śmiała się, czy też nie była bliska łez, jednak to trochę za mało, by uratować - jakby nie patrzeć - słabą pozycję.


Bohaterowie też nie mają jak wspomóc lektury z uwagi na to, że są nieciekawi. Zwłaszcza Magnus, którego charakteryzuje jedynie to, iż ma gadający miecz; jego boski rodzic również niespecjalnie go określa, chociaż może chodzi o fakt, że Chase jest zwyczajnie dobrym człowiekiem i mało co ponad to jestem w stanie o nim powiedzieć. Z drugiej strony cieszę się, że Riordan stara się bardziej urozmaicić gamę postaci - już pierwszym tomie pojawiła się Sam, która jest muzułmanką i autor z szacunkiem oraz uwagą dodaje wstawki o jej kulturze i religii, natomiast tutaj pojawia się bohater/bohaterka, która jest gender-fluid. Duży plus za to.

Lepiej wypada Ukryta wyrocznia, czyli tom otwierający serię Apollo i boskie próby. Tytułowym bohaterem jest Apollo, który w ramach kary zostaje zrzucony z Olimpu i musi radzić sobie na Ziemi jako człowiek. Nostalgię wywołuje powrót do Obozu Herosów, ponowne odwiedziny w Wielkim Domu, pojawienie się Chejrona. Urok psuje kalka z niektórych incydentów z PJO, podobnie jak w Młocie Thora wkrada się schematyczność, aczkolwiek muszę przyznać, że o wiele bardziej zżyłam się z głównymi bohaterami. Apollo przechodzi subtelną i stopniową metamorfozę, na którą patrzyłam z uśmiechem (muszę przyznać, rozwój jego postaci zaskakująco złapał mnie za serce), jego side-kick też jest uroczą i intrygującą bohaterką. Powieść momentami nudnawa, lecz w gruncie rzeczy bardzo dobra.


Na koniec zostawiłam Berło Serapisa i inne opowiadania, ponieważ tutaj Riordan przedstawia się w swoim najlepszym i (żeby nie powiedzieć najgorszym) nieco mniej przeze mnie lubianym wydaniu. W sumie nowych było jedynie 5 opowiadań z 9, ponieważ Syn Sobka pojawił się pod koniec Domu Hadesa (tomu czwartego Olimpijskich herosów), natomiast trzy ostatnie (Percy Jackson i laska Hermesa, Leo Valdez i pościg za Bufordem oraz Pamiętnik Luke'a Castellana) znalazły się już w Pamiętnikach półbogów (ten szok, kiedy się okazało, że czytałam już w 2013 roku).

Pierwsze trzy historie są zderzeniem światów z PJO i Kronik rodu Kane (cokolwiek nasłuchaliście się o trylogii według mnie była naprawdę dobra). Pomysł na połączenie dwóch mitologii w ogólnym zarysie prezentował się intrygująco i szalenie ciekawie; sposób, w jaki Riordan splótł dwa wątki, wydał mi się nietuzinkowy. Niestety lektura nie okazała się tak zajmująca jak sama idea i przez opowiadania przebrnęłam z niejakim trudem. Widać, że koncept był, jednak wykonanie (jakby od niechcenia) oraz opisy (nieplastyczne) pozostawiają wiele do życzenia. Nawet pojawienie się Percy'ego oraz Annabeth nie osłodziło mi lektury, jednak po przeczytaniu kolejnych trzech opowiadań już wiem, dlaczego.

Mowa tu o: Percy Jackson i spiżowy smok, Percy Jackson i skradziony rydwan oraz Percy Jackson i miecz Hadesa. Bez dwóch zdań są moimi murowanymi faworytami, powodem, dla którego w pierwszej kolejności powinniście przeczytać zbiór opowiadań. Czas akcji mieści się w ramy trzonowej serii o Percy'm i nie jestem w stanie słowami określić, jak wyjątkowym uczuciem było przeniesienie się ponownie do Obozu Herosów w jego oryginalnym wydaniu. Już na pierwszych stronach prawie zaczęłam płakać, gdy zobaczyłam imiona starych, znanych bohaterów, zwłaszcza po tym, co działo się w finale PJO i co na wieczność złamało mi serce. Ponownie przeniosłam się do czasu, gdy dopiero zaczynała się dla mnie przygoda z greckimi herosami, gdy ich przygody lśniły nowością i czymś nieznanym. Ponieważ to nie tylko ci sami bohaterowie, ten sam Obóz, te same wydarzenia, lecz również ten sam niepowtarzalny klimat.


Lektura zakończyła się zdecydowanie zbyt szybko i zbyt gwałtownie, już zdążyłam się zanurzyć w świecie PJO na nowo. Dopiero później sprawdziłam i okazało się, że wyżej wymienione trzy opowiadania powstały w 2009 roku, kiedy Riordan skończył tworzyć serię. Czułam to w trakcie czytania, jednak ów wiadomość tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że między nowszymi a starymi pracami autora istnieje wyraźny wyłom. W kolejnych pozycjach wiele rzeczy robi i wkłada na siłę, przykładowo humor - nie da się zaprzeczyć, że PJO wręcz kipi od sarkastycznych uwag, jednak wraz z następnymi powieściami ironia aż wylewa się z kartek do tego stopnia, że każdy akapit wydaje się nią przeładowany. Zauważyłam też, że im Percy starszy, tym na kartach książek Riordana staje się jeszcze bardziej zidiociały; autor na siłę robi z niego mało rozumnego chłopaka w ramach komizmu sytuacyjnego, lecz patrzenie na podobne zabiegi boli. W ogóle lektury stają się coraz bardziej dziecinne, mimo iż bohaterowie startują starsi niż Percy w Złodzieju pioruna. Paradoksalnie PJO jawi się jako dojrzalsze, wbrew pozorom, jakie mógłby dawać wiek głównego bohatera (12-16 lat na przełomie pięciu tomów).

Wniosek z tego taki, że muszę ponownie przeczytać Percy'ego Jacksona i bogów olimpijskich, ponieważ to jedyna kultowa seria, jaką Riordan stworzył. A tak na serio - od Magnusa Chase'a i bogów Asgardu nie tyle, że trzymałabym się z daleka, ale są lepsze książki do czytania, zapewniam Was. Apollo i boskie próby zapowiadają się ciekawie, więc najnowszej serii Ricka jeszcze nie skreślam. Berło Serapisa i inne opowiadania szczerze polecam, warto przeczytać, być może grecko-egipskie historie bardziej Was zainteresują, gdyż idea świetna, aczkolwiek okropnie się wynudziłam. Środkowe trzy opowiadania okazały się istnymi perełkami, a z tego, co pamiętam z Pamiętników półbogów, pozostałe serio trzymają poziom (zwłaszcza Pamiętnik Luke'a Castellana).

wtorek, 23 sierpnia 2016

"Małe życie", Hanya Yanagihara



Wyobraźcie sobie to - kończycie książkę, albo jej bardzo nienawidzicie albo bardzo ją pokochaliście, a potem czytacie opinie innych ludzi i nagle wygląda na to, jakbyście czytali dwie inne powieści. Elementy, które oni wzięli za zalety dla Ciebie jawiły się jako wady lub dla nich ta sama lektura okazała się niezmiernie nudna lecz Ty nie potrafiłeś się od niej oderwać. Trochę mam tak teraz z Małym życiem, ponieważ stoję w opozycji do reszty świata, który tę pozycję pokochał całym sercem.

Bez zbędnego rozwodzenia się - w powieści czytelnik śledzi losy czwórki przyjaciół oraz ich życia w Nowym Jorku na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Mamy tu niezależnego artystę, aspirującego aktora, bogatego mężczyznę pracującego w firmie architektonicznej oraz prawnika o niejasnej przeszłości. Ostatecznie jednak miałam wrażenie, jakby książka w rzeczywistości została napisana tylko dla jednego z nich. Lata młodości, o których nie ma odwagi mówić, jego niepełnosprawność i głęboka depresja okupują karty powieści w sposób, w jaki żaden z pozostałych mężczyzn nie byłby w stanie.

Właśnie jego postać nadaje ton całej lekturze, atmosferę pozornie niekończącego się cierpienia fizycznego i psychicznego, przerywanego jednak latami szczęścia i miłości. Aczkolwiek ten ból i rzeczy, przez które musiał przejść były nad wyraz przytłaczające i wcale nie w piękny, zapierający dech w piersi sposób. Momentami musiałam odkładać książkę na bok, ponieważ mnogość nieszczęść wydawała mi się zbyt pokaźna jak na jednego człowieka i nawet nie chodzi o to, że to nie było fair w stosunku do samego bohatera, ale czułam się, jakby autorka próbowała z niego zrobić kogoś o tak tragicznym życiorysie, że w którymś momencie przekroczyła granicę i tego nie zauważyła. W pewnej chwili przestałam bohatera traktować na poważnie – jawił mi się jako marionetka w rękach Yanagihary, na którą zwalone zostały wszystkie brudy świata w sposób wyolbrzymiony i wręcz karykaturalny. Pod tym względem to lektura wymagająca i trudna, zdecydowanie skierowana do osób o stalowych nerwach.


Ale życie w chorobie i traumatyczne przeżycia to nie jedyna tematyka powieści, ponieważ autorka nakreśliła całe spektrum problemów (seksualność, kariera, macierzyństwo, świat sztuki, przyjaźń etc.) i tytuł perfekcyjnie oddaje całą ideę pozycji. I pomimo tego, że te inne zagadnienia zostały potraktowane z należytą uwagą, to było ich zwyczajnie za dużo. Nie sądzę, by zajęcia i aspiracje każdego napotkanego po drodze człowieka były kluczowe dla fabuły, ponieważ w ostateczności i tak sprawiali wrażenie papierowych postaci bez wyrazu. Okropnie wynudziłam się przy lekturze, przynajmniej kilka razy na dzień myślałam nie, już dalej nie czytam, a potem stwierdzałam, że wytrwam jeszcze trochę, że może zakończenie będzie satysfakcjonujące. Przetrwałam kilkadziesiąt lat historii bohaterów spisanych na ośmiuset stronach, przetrwałam przeskakiwanie z tematu na temat, przetrwałam niejasny dla mnie tok wydarzeń, całkowicie nielinearny, bardzo mylący (autorka jakby szła tematami - lata choroby, lata kariery itp., z każdym rozdziałem wracając niemalże do tego samego punktu, lecz opisując inny aspekt życia mniej więcej w tym samym czasie). A na koniec się okazało, że finał w żaden sposób nie sprostał moim oczekiwaniom.

Ostatecznie sama nie dostrzegłam piękna ukrytego w "prozie życia", jakimś cudem znalezionego przez pozostałych czytelników. Powieść była dla mnie kumulacją cierpienia i bólu, w obliczu których nawet ciepło przyjaźni czy sukcesy nie miały najmniejszego znaczenia lub też ów znaczenie miały, ale zostały przyćmione przez rzeczy złe i smutne (chociaż paradoksalnie tak właśnie wygląda życie). I z jednej strony Yanagihara chciała pokazać wszystkie brudy codzienności, ale i tak nie uniknęła przesłodzenia w wielu aspektach. Duża objętość zwiastowała multum detali i rzeczywiście je uzyskałam, lecz miałam wrażenie, że z tych szczegółów nic szczególnego nie wyniosłam; wydłużyły one jedynie czas lektury i godziny nudy. Małe życie ukończyłam z uczuciem złości, zmęczenia i rozdrażnienia. W moim odczuciu to lektura przesadzona, wielokrotnie zwyczajnie nierealistyczna i bezpardonowo brutalna. Nie ma w tym nic pięknego, w tym przytłoczeniu obrzydliwościami i nudnymi szczegółami. Jak najbardziej zachęcam Was do wypróbowania powieści na samym sobie, lecz jeśli po 100/200 stronach poczujecie, że to nie dla Was, nie popełniajcie tego samego błędu co ja i zwyczajnie zrezygnujcie. Pięć dni spędzonych nad książką zwyczajnie nie były tego warte.

środa, 27 lipca 2016

"Papierowe miasta", John Green



Po lekturze Papierowych miast doszłam do wniosku, że John Green to cholernie inteligenty facet. Wiem, że wiele osób kategoryzuje go jako problematycznego, głównie ze względu Gwiazd naszych wina, gdzie romantyzuje chorobę i tego typu sprawy. Innym autor po prostu się przejadł, bo od paru lat króluje na liście bestsellerów i jest go po prostu za dużo. Ale ilekroć sięgam po kolejną jego powieść, wszystkie te złe opinie w jakiś sposób wpływające na moją ocenę pisarza zwyczajnie wyparowują. 

Papierowe miasta wpasowują się w ton większości książek Greena. Jest chłopak, zabawny i miły, ale nie typ, który obraca się w kręgach elit szkolnych. I jest też dziewczyna - przebojowa, porywcza, nieprzewidywalna. Quentin zawsze był zakochany w Margo, a ona niezmiennie pozostawała poza jego zasięgiem. Tak było odkąd ich dziecięca przyjaźń po cichu gdzieś zniknęła, tak jest i teraz, gdy obydwoje są niemalże na mecie ukończenia liceum. Całkiem niespodziewanie dziewczyna zjawia się u niego w środku nocy z jedenasto-punktowym planem i propozycją zostania jej parterem w zbrodni. To dopiero początek zagadki, jaką jest Margo Roth Spiegelman, natomiast Q ma zamiar dotrzeć do jej sedna.

Inteligencja Greena polega na tym, że kolekcjonuje fakty. Mam wrażenie, że uwielbia te pozornie nieprzydatne i przypadkowe w szczególności, co czytelnik mógł wyraźnie dostrzec w 19 razy Katherine. Nawiązania do popkultury, cytaty, katalog zapomnianych miejsc - on to wszystko ma w małym palcu. Jego powieści zawsze tętnią życiem, takim zwykłym, najzwyczajniejszym, z niezliczonymi szczegółami, czasami naprawdę, wydawałoby się, zbytecznymi. Jednak to właśnie w nich najlepsze, ponieważ Green wyłapuje elementy z naszej codzienności tak kuriozalne, tak oczywiste, że inny autor zwyczajnie zrezygnowałby z tego jednego dodatkowe zdania bądź dwóch, ale nie on. Dodatkowo cała jego rzeczywistość ma koloryt lokalny, oddany w najdrobniejszych szczegółach kogoś, kto sam mógłby być bohaterem książki. Może to wynikać z faktu, że akcja dzieje się w Orlando i w okolicach, a więc w miejscu, gdzie John Green się wychowywał. Nie mam pojęcia, czy miejsca, które opisywał, istnieją naprawdę, jednak on sprawił, że wierzyłam w każde jego słowo, jakby zrobił najporządniejszy research świata i dopiero potem zasiadł do pisania.

Postaci w Papierowych miastach, w szczególności te drugoplanowe, charakteryzuje zawsze najdziwniejszy zbiór cech, jednak dzięki temu bohaterowie stają się bardziej realni. Mają w sobie coś zaskakującego, czego nie odnalazłabym w żadnym z moich znajomych, a jednocześnie coś tak rzeczywistego i po ludzku przyziemnego, że wiele osób mogłoby się w z tym utożsamić. Postaci nie znikają w tłumie, a jednocześnie czytelnik ma poczucie, że to wciąż młodzieżówka o całkiem zwyczajnych nastolatkach. 

Powieść ma w sobie coś zagadkowego, w tylu Szukając Alaski, także i tutaj przemyślenia Quentina, głównego bohatera i narratora, obracają się głównie w sferze domysłów. Po tej nocy, gdy dziewczyna nagle znalazła się pod jego oknem, rutyna Q nieodwracalnie się rozpada i chłopak zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę nie zna Margo Roth Spiegelman. I konfrontuje swoje przemyślenia z relacjami innych i z niejednoznacznymi wskazówkami. Cała idea Papierowych miast polega na tym, że inni ludzie mogą poznać nas tylko w takim stopniu, w jakim im pozwolimy, natomiast resztę muszą sobie sami dopisać. Czasami też zbytnio analizujemy cechy drugiej osoby, aż kreujemy sobie w głowie jej obraz, który wcale nie oddaje rzeczywistości i gdy dochodzi do porównania tych dwóch odbić, trudno wybrać to prawdziwe. 

Z zaskoczeniem stwierdziłam, że lektura okazała się jedną z najlepszych, jakie czytałam w wydaniu Greena, choć nie zdołała przebić Szukając Alaski, znajdującej się na honorowym pierwszym miejscu. Miała w sobie dużo z młodzieżowej lekkości, lecz jednocześnie zawierała wiele naprawdę wartościowych przemyśleń dotyczących postrzegania innych ludzi i lęku, i przyjaźni, i naszych oczekiwań względem najbliższych, i potrzebie zrozumienia. Green odwraca schematy i u niego to chłopcy są tymi mniej pewnymi siebie, natomiast dziewczyny zawojowują ich serca i zawsze będą trochę poza ich zasięgiem. W Papierowych miastach autor zawarł to, co naprawdę powinny zawierać młodzieżowe powieści współczesne/obyczajowe, czyli problemy nastolatków, te bardzo poważne, i te nieco mniej, przełamywane lekkością żartobliwych komentarzy i komizmu sytuacyjnego. Jednocześnie książka miała w sobie coś z pościgu z czasem, zwłaszcza w finale, co uczyniło ją o tyle bardziej fascynującą. Iście amerykańska lektura YA, z drobnymi smaczkami dla nas nie do wychwycenia, dla obywateli USA zapewne oczywistymi, nadającymi jej niepowtarzalny koloryt. Dla fanów Greena obowiązkowa, głównie skierowana do nastolatków i sądzę, że właśnie młodzi dorośli odnajdą się w niej idealnie.


PS Śmieszna sytuacja. Wczoraj na wspólnym kanale braci Green (vlogbrothers) John opublikował filmik, gdzie dowiadujemy się, iż jedną z dwóch lektur El Chapo (tego gościa od meksykańskiego kartelu narkotyków) w więzieniu były Papierowe miasta.

środa, 22 czerwca 2016

Nie oceniaj człowieka po okładce



Książki dzielą się tylko na dwie kategorie - bardzo dobre i tragicznie złe (co prawda istnieje jeszcze takie sobie pomiędzy, ale w tej chwili to nieistotne).  I czasami wielu ludzi zakochuje się w jakiejś powieści, i czasami potrafią ją wywyższyć na piedestał, i czasami nie potrafią zrozumieć motywacji innych, którym ta wspaniała historia się nie spodobała. Innym razem znajdą się takie tytuły, które spotykają się z krytyką we wszystkich zakątkach świata, i jak można w ogóle je czytać, chyba tylko idioci potrafią znaleźć w tym jakiekolwiek wartości. Zazwyczaj od najgorszych wyzywane są romansidła, wszelkiego rodzaju opowieści oparte na utartych schematach, usytuowane w wyidealizowanych uniwersach. 

Niektórzy lubią właśnie takie powieści. Gdzie dziewczyna przeprowadza się do nowego miasta i spotyka tajemniczego chłopaka. Gdzie świat czeka zagłada i tylko protagonistka jest w stanie go uratować. Gdzie główną osią fabularną zdają się być sceny łóżkowe. I co w tym złego? Co z tego, że im podobają się książki nieco prostsze - przecież nie oznacza to, że jednocześnie gorsze. Nie wszyscy muszą czytać Homerów, Sienkiewiczów i Orwellów, nie wszyscy muszą lubować się w klasykach literatury, w dziełach powszechnie uważanych za wybitne. 

Lubię powieści skomplikowane, tajemnicze i nietypowe, ale lubię też pozycje lekkie, zabawne, niezobowiązujące. Główną zaletą fikcji jest to, że pozwala oderwać się od rzeczywistości, na chwilę zapomnieć o otaczającym nas świecie i to prawda, nie możecie się nie zgodzić. Ile razy sięgaliście po książkę w dniu, gdy wszystko wokół zdawało się sypać, gdy nie mogliście już wytrzymać z własnymi myślami. Literatura od tego ma być - by odciągać nas od obowiązków, od zwykłej codzienności, by na chwilę stopić się z życiem wyimaginowanych bohaterów, oddychać ich powietrzem i patrzeć ich oczyma. Jakie to ma znaczenie, czy czytam akurat książkę z gatunku New Adult czy bardzo ambitną książkę z bardzo poważnego działu na dorosłych? Przecież liczy się właśnie moment, w którym autor podarował nam namiastkę innej rzeczywistości, może lepszej, może gorszej, ale niemniej oczarował nas i wciągnął do wykreowanego świata.

Książki dzielą się tylko na dwie kategorie - bardzo dobre i tragicznie złe, jednak często zapominamy, że są to opinie czysto subiektywne i nie powinniśmy narzucać ich innym ludziom. Dzielenie są poglądami czy publikowanie recenzji jest super, ale nie sprawiajmy, że odbiorcy poczują się źle ze względu na własne wybory literackie. Jeśli uwielbiasz George'a R. R. Martina – fantastycznie; jeśli męczą cię jego książki - w porządku, po prostu wyminęliście się z gatunkiem. Przeczytałaś Pięćdziesiąt twarzy Grey'a w jedną noc, ponieważ nie potrafiłaś przestać? Sięgaj po kolejny tom. Nie potrafiłaś przebrnąć przez pierwszy rozdział? Nic nie szkodzi, istnieje jeszcze wiele innych tytułów z tego gatunku, które może (albo i nie) przypadną ci do gustu.

Chodzi o to, by nie wstydzić się własnych wyborów czytelniczych. Książki są od tego, by uczyć, są od tego, by bawić, lecz przede wszystkim są od tego, by zachwycać. Nieważne, jaki typ powieści preferujesz, istotne jest to, że właśnie w nim się odnalazłeś. Dlatego czytaj co chcesz i pozwól innym czytać, co chcą. Nie szufladkuj innych ze względu na ich lektury, nie oceniaj negatywnie tylko dlatego, że wybrali tytuł u ciebie znajdujący się w kategorii tragicznie zły. Niektórzy czytają książki ambitne, inni te trochę mniej i nie powinno mieć to żadnego znaczenia. Najważniejsze powinno być to, że wszyscy dzielimy tę samą miłość - do słów.

czwartek, 2 czerwca 2016

"Mara Dyer. Zemsta", Michelle Hodkin



TAJEMNICA | PRZEMIANA | ZEMSTA

Że niby finalny tom trylogii ma być ostatecznym domknięciem wątków z całej serii, ofiarowując czytelnikowi dostateczną ilość odpowiedzi, by czuł się usatysfakcjonowany? Ponieważ dla Michelle Hodkin koncept ten wydaje się obcy. Na przestrzeni poprzednich tomów przeszła z romansu pomieszanego z mrocznym thrillerem psychologicznym do niemniej schizowego dokopywania się do źródeł paranormalnych zdolności, pomieszanych ze szczyptą freudowskiej psychoanalizy i genetyki. Aby ubarwić fabułę autorka dodała niepokojące halucynacje, lunatykowanie, depresję, amoralne zachowania i psychicznego maniaka oraz szaloną panią doktor jako wrogów numer jeden. 

Widać, że coś chciała z tymi wszystkimi wątkami zrobić i wystartowała z bardzo wysokiego poziomu pierwszymi rozdziałami. Szpital psychiatryczny, kolejne eksperymenty i rozdwojenie jaźni. Mara czuje się, jakby znajdowała się w swoim ciele, a jednocześnie poza nim, jakby jej miejsce zajęła jakaś inna istota krępująca jej ruchy. Wstęp do Zemsty reprezentuje atmosferę, jaką czytelnicy pokochali w poprzednich tomach - szalenie groźną i niebezpiecznie intrygującą. Hodkin przesuwa charakterystyczne dla Young Adult granice, na ziemię kapią ciężkie krople krwi, martwe ciała zsuwają się na podłogę, natomiast ostrza lśnią od metalicznej cieczy. Język autorki i sposób, w jaki buduje klimat, jest bardzo sugestywny i wbrew pozorom wcale tak daleko nie zagłębia się w okrutne detale. Najgorsze sceny pozostawia wyobraźni czytelnika, fenomenalnie układając napięcie wokół przemilczanych szczegółów.

Pisarka ustawia intrygi na intrygach, pytania dotyczące szpitala psychiatrycznego i zdolności Mary piętrzą się wraz z kolejnymi rozdziałami. I to jest ten problem. Jak fascynujące i zaplątane wydawałyby się na początku, istnieje szansa, iż nie uzyskacie na nie odpowiedzi aż do końca. Michelle Hodkin wykreowała frapujących bohaterów, dlatego bolało mnie, kiedy nie otrzymałam satysfakcjonującego domknięcia ich kwestii. Psychiczny maniak otrzymuje tutaj drugie dno, pogłębiony rys biograficzny oraz zagadkową przeszłość skrytą w pilnie strzeżonych kartotekach, natomiast szalona pani doktor ma w sobie więcej, niż schematyczne tytuły. Cieszyłam się z najdrobniejszych detali na ich temat, póki mogłam, ponieważ w trakcie lektury rozpływają się gdzieś wśród innych wątków. W ich przeszłości drzemie jeszcze wiele do eksplorowania, z chęcią poświęciłabym czas na lekturę skupioną bardziej na osobie Jude'a i jego pokręconych, niewytłumaczalnych wahań nastroju czy doktor Kells i jej eksperymentach. 


Na szczęście nie tylko postaci drugoplanowe dają do myślenia, ponieważ największa gwiazda powieści lśni jak najbardziej prawidłowo. Mara Dyer i jej zabójczy umysł są przecież powodem wszelkich intryg, ciężkiej od zapachu krwi atmosfery, źródłem dla nowych manipulacji. Od pierwszego tomu w bohaterce widać siłę i niezależność, jednak dopiero Zemsta potęguje te cechy, przekładając je na większą wiarę we własne możliwości. Protagonistka z łatwością sięga po śmiercionośną broń własnego umysłu równie często, co po bardziej przyziemne wersje narzędzi zbrodni. Nie jest przerażoną, typową dla Young Adult we wstrzymywaniu swoich mocy dziewczyną, czym Hodkin jeszcze dalej odsuwa wytyczone przez gatunek normy. Mara ma całą kartotekę chorób psychicznych, co kreuje z niej postać niepokojącą i nieprzewidywalną, lecz - co najważniejsze - przykuwającą ciekawskie spojrzenia czytelników. 

Drugi z protagonistów, Noah, sprawia wrażenie zbyt wyidealizowanego w swoich zaburzeniach, co prawda nie tak drastycznych w skutkach. Złapałam się na tym, że nie potrafię zrozumieć jego depresji, ani co popycha go do autodestrukcyjnych przemyśleń. Chłopak ma niezwykle bogate życie wewnętrzne i przepiękną duszę, a rozdziały z jego perspektywy zawsze wydawały mi się zjawiskowe w feerii uczuć. Już w pozostałości jego charakterystyki autorka poszła nieco na łatwiznę, zostawiając nas z portretem dawnego bad-boy'a, którym należy się zaopiekować. Trochę tani chwyt jak na pozycję dalece wykraczającą poza standardy Young Adult. Już w Przemianie relacje Noah i Mary nie chwytały mnie za serce tak samo, jak w Tajemnicy, ich wątek gubi się gdzieś wśród wspomnień babci dziewczyn czy poszukiwania odpowiedzi, jaką są Horyzonty. Bardzo mało ich w tym tomie, natomiast wciąż łapałam się na tym, że jakoś trudniej mi się oddycha gdy prowadzili jeden z nielicznych dialogów, więc fani tego pairingu będą zadowoleni.


Michelle Hodkin dała o jedno kiczowate rozwiązanie za dużo, jak na tak dobrze zapowiadającą się serię, bez ładu i składu wieńcząc trylogię. Po mocnym starcie gdzieś po drodze początkowe koncepcje zaczęły się sypać, choć autorka w pocie czoła dosypywała nowych zagadek i spekulacji. Manipulacje działały doskonale, póki Mara nie rozpoczynała rozmowy z którymś z towarzyszących jej nastolatków. Oczywiście, Jamie był prześmieszny, jak z rękawa sypał odniesieniami do popkultury, puszczając oko do fanów literatury czy kinematografii, ale nie byłam w stanie złapać tej nici przyjaźni niby łączącej go z protagonistką. Przy okazji Hodkin zbyła Stellę, niby wprowadzając kolejny pierwiastek żeński, nie w pełni z niego korzystając. Ich poszukiwania prawdy na temat Horyzontów momentami niemiłosiernie się dłużyło, a pół zabawne-pół niezręczne wymiany zdań nie ratowały sytuacji.

W pewnym momencie coś zaczęło mi nie pasować. Po pierwszym tomie bardzo utkwił mi w pamięci niewiarygodnie dobry styl pisarki, który doskonale wpasowywał się w moje gusta i zaspokoił wrażliwość na funkcję poetycką tekstu. Natomiast już w polskim tłumaczeniu połowa dialogów brzmiała, jakby na siłę wymuszano na nich młodzieżowy slang, uzupełniany w narracji o kolejne, niepasujące kompletnie do atmosfery wypowiedzi. Przekład spisywał się świetnie, gdy chodziło o naukowe opisy chorób, objaśnianie zawiłych ścieżek genetyki czy przedstawienie zawikłanego umysłu Mary, lecz w całej reszcie słownictwo mnie po prostu bolało. Na ostatnią ćwiartkę książki przeniosłam się na oryginał i ogromnie żałuję, że nie zrobiłam tego na początku. Żeby się dobić, sprawdzałam później wersję angielską z polską i wiecie, jaki jest mój faworyt? He was real znalazło się w tłumaczeniu w postaci Był w realu. Trzymajcie mnie.



Mara Dyer jako seria należy do jednych z najlepszych młodzieżówek na rynku wydawniczym, tylko nie poszczęściło się jej z finałem. Michelle Hodkin zbyt dużą uwagę skupiła na nieustannym intrygowaniu czytelnika kolejnymi wątkami, ostatecznie zapominając, że wypadałoby większość z nich wyjaśnić. Dała znać, że bohaterowie są częścią większej całości, natomiast ostatecznie zostali zamknięci w kokonie własnej rzeczywistości, bez szerszych perspektyw. Największym atrybutem Zemsty są nietuzinkowi, problematyczni bohaterowie oraz emocje, jakie wywołują – strach, fascynacja, niepewność. Autorka nie waha się przed odważniejszymi rozwiązaniami fabularnymi, dlatego chciałabym zapamiętać trylogię jako właśnie taką – mroczną, zaskakującą, trzymającą w napięciu, przerażającą. Finałem chyli czoła ku wielbicielom książkowego romansu, ponieważ zafascynowanych kwestiami psychoanalizy delektowała już wcześniej. Szkoda, że Michelle Hodkin nie udało się pogłębić wątku rozdwojenia jaźni, niepewności względem tego, co należy do rzeczywistości, a co do sfery wyobraźni, tych elementów typowych dla thrillera psychologicznego, widocznych w poprzednich tomach. Patrząc na serię jako całokształt polecam ją z czystym sumieniem, ponieważ nie bez powodu zdobyła rozgłos i uwielbienie w wielu krajach na całym świecie.

poniedziałek, 30 maja 2016

"The Rose and the Dagger", Renée Ahdieh



THE WRATH AND THE DAWN | THE ROSE AND THE DAGGER
Nie spoileruję poprzedniego tomu.

Czytelnicy kochają retellingi, autorzy jak widać również, a Renée Ahdieh potrafiła doskonale wykorzystać torujący sobie drogę na szczyt trend. Nie twierdzę, że kolejne reinterpretacje Pięknej i Bestii (wplecione przykładowo w Dwór cierni i róż Sarah J. Mass) czy Roszpunki (wykorzystane przez Marissę Meyer w Cress) już się wszystkim znudziły - z doświadczenia wiem, że nigdy nie przestanę zagłębiać się w podobnych lekturach, ponieważ ilu twórców, tle punktów widzenia i potencjalnych, nowatorskich rozwiązań. Amerykańska pisarka zdecydowała się sięgnąć do kultury bliskiego i środkowego wschodu, zamiast iść utartymi ścieżkami kształtującymi mentalność zachodu zaczerpnęła inspirację z Księgi tysiąca i jednej nocy. W ramę modalną zbioru opowiadań wpisuje się legenda o Szeherezadzie, która każdego świtu pokonywała śmierć. 

Shahrzad, wiedziona chęcią zemsty, zjawia się w pałacu okrutnego kalifa Khorasanu aby zostać jego żoną. Król-chłopiec co dzień zawiera związek małżeński, a następnie zabija nowo poślubioną dziewczynę, nim ta przeżyje wschód słońca. Zdeterminowana Shazi używa podstępu, by przetrwać pierwszą, drugą, trzecią i kolejną noc, tylko by odkryć, że za czynami Khalida kryje się coś więcej, natomiast zemsta zaczyna lśnić na równi z innym, o wiele bardziej niebezpiecznym uczuciem.

Choć realia powieści są w pełni wytworem wyobraźni Ahdieh, fuzja licznych, żyjących wciąż kultur oraz legend należących do upadłych imperiów wypada niezwykle realistycznie jako tło dla książki fantastycznej – jakby Khorasan rzeczywiście mógł dawniej istnieć na mapach znanego nam świata. Retelling inspiruje się kulturą arabską i hinduską, przejmując charakterystyczne ubiory utkane z wyśmienitych, delikatnych tkanin, słownictwo związane z wariantywnymi rodzajami broni, wymyślne dania obsypane aromatycznymi przyprawami. Skupia się na esencjonalnych elementach czerpanych z wybranej obyczajowości, ledwie muska kwestie administracyjne, eksploruje natomiast arenę polityczną i napiętą sytuację między państwami ościennymi oraz powiązanymi z nimi rodami.


Mnogość wątków zdaje się konkurować o uwagę z silnie zarysowanym romansem, jednak nawet nie przeszkadzałoby mi, gdyby relacje Shahrzad i Khalida zostały wywyższone ponad inne tematy. Dużo w literaturze mówi się o związkach, gdzie partnerzy są równi sobie, jednak chyba nigdy w pełni nie pojęłam tej idei, dopóki nie przeczytałam The Rose and The Dagger. Jako kalif i kalifa Khorasanu są nie tylko równi sobie pozycją, lecz wyznaczają sobie nawzajem takie same granice. Shahrzad wychodzi z założenia, że skoro Khalid ma do czegoś prawo, ona nie powinna być traktowana inaczej. I on rzeczywiście respektuje jej prośby, nie ignoruje ich dla jej „dobra”, nie traktuje dziewczyny jako kogoś słabszego ze względu na jej płeć czy z samego faktu, iż się o nią obawia. Ich związek przypomina ten dzielony przez dojrzałych ludzi, czuć w nim przede wszystkim szacunek i zaufanie. Nie ma mowy o dziecinnych nieporozumieniach, czy sprzeczkach o byle co, dzięki czemu czytelnik nie ma prawa wątpić w realność ich uczuć. W czym jak w czym, ale w pisaniu romansów Renée Ahdieh radzi sobie znakomicie.

Jak w The Wrath and the Dawn nie potrafiłam ścierpieć Shahrzad, dziewczyny opisywanej wielkimi słowami, nie dorastającej do nich czynami, tak pokochałam ją przy kolejnym spotkaniu. Nie chodzi nawet o to, że przechodzi niewiarygodnie genialną metamorfozę, ponieważ z tomu na tom nie zachodzi w niej żadna widoczna zmiana - zamiast tego czuję do niej respekt jako do fenomenalnie wykreowanej postaci żeńskiej. Wreszcie w młodzieżowej powieści, takiej typowo romantycznej, widzę dziewczynę samodzielną mimo obecności u jej boku chłopaka. Dla mnie przełomowym fragmentem okazał się ten: All Shahrzad wanted was before her. All Shahrzad needed was within her. Jest różnica między pragnieniem a potrzebą, ponieważ to drugie zawsze okaże się witalne. A to, co niezbędne do życia, odnalazła w sobie. Zna swoją wartość i wielokrotnie pokazała, że nie pozwoli traktować się gorzej, niż na to zasługuje. Pod tym względem wcale nie sprawiała wrażenie wyidealizowanej, natomiast jawiła się jako postać wykreowana niezwykle realistycznie, z uwagą i konsekwentnością.

Ahdieh w ogóle jakoś ciekawiej przedstawiła postaci żeńskie w drugim tomie. Shahrzad wydaje się być osobą urodzoną do bycia pewną siebie, stworzoną do wielkich rzeczy, jednak nie wszystkie z nich były. Niektóre musiały dopiero pokonać niepewność i lęki, z własnej woli zamieniając się w stal, kończąc rządy szarej myszki. Były i takie o dwóch twarzach, do samego końca zwodzące i czytelników i bohaterów, żyjące w perfekcyjnie utkanej pajęczynie kłamstw. Nie zabrakło też tych sprzeciwiających się woli rodzica, wybierających siebie i większe dobro. Z pewnością dziewczyny zostały potraktowane lepiej, niż mężczyźni, raczej portretowani jako zawistni, żądni władzy oportuniści (z wyjątkami, oczywiście). Widać też w TRATD silnie parcie na pairingi – Renée Ahdieh udało się to dobrze rozegrać jedynie w przypadku Shahrzad i Khalida, czy byli razem, czy też oddzielnie, natomiast reszta sprawiała wrażenie upchniętych na siłę. Oprócz wspomnianej dwójki i żeńskich wyjątków kreacja postaci drugoplanowych wypadła nad wyraz blado.


The Rose and the Dagger zachwyciło mnie bardziej, niż TWATD, ponieważ wiedziałam już, czego mogę się spodziewać. Nie żadnych epickich bitew czy spektakularnych momentów, a wielowątkowej opowieści snutej z namysłem, aby oczarowany czytelnik, niczym sułtan z legendy o Szeherezadzie, nie chciał jej przerywać, a powracać do niej po dramatycznych zwieńczeniach rozdziałów. Atmosferę Księgi tysiąca i jednej nocy potęguje narracja prowadzona w trzeciej osobie, liczne peryfrazy dotyczące bohaterów czy bogaty w środki i skojarzenie styl. Sam język autorki budzi skojarzenia ze starymi księgami pełnymi mitów i podań, bardziej patetyczny niż spodziewalibyście się po młodzieżowym tytule, jednak nad wyraz adekwatnym i naturalnie zespolonym z powieścią. Książka od strony warsztatu pisarskiego jest kunsztowna, dobitna i ekspresywna, idealny hak na osoby lubujące w wyraźnej funkcji poetyckiej w prozie.

Mimo że wątek magiczny wciąż pozostawia po sobie pewien niedosyt (choć zostaje znacznie poszerzony w tym tomie), TRATD ofiarowało mi to, czego The Wrath and the Dawn nie było w stanie. Renée Ahdieh urozmaica fabułę, rozpościerając przed czytelnikiem nowe krajobrazy, zabierając go na skalne klify, pustynne morza czy do bogato zdobionych wnętrz marmurowych pałaców. Zupełnie nowe miejsca dawały świetny pretekst do dalszej eksploracji, jak i stanowiły idealne tło dla nowych intryg i szokujących rozwiązań. Akcja przyspiesza i staje się o wiele bardziej ekscytująca niż w pierwszym tomie, przyprószoną sporą dozą zagrożenia i niebezpieczeństwa, trzymającą czytelnika w zdrowej niepewności. Antycypacja nie kończy się na kulminacyjnym momencie, głód kontynuacji powieści trwa aż do samego końca, natomiast Renée Ahdieh we wprawie, z jaką rozpoczyna i kończy kolejne rozdziały, przypomina Szeherezadę. Z wyczuciem i finezją spisała historię epickiej miłości dwóch ludzi, którzy należeli tylko do samych siebie, ale przynależeli razem w świecie uwięzionym w okowach buntu, namiętności, zemsty, czarnej magii, latających dywanów i klątw przypieczętowanych ostatnią kroplą krwi.

piątek, 27 maja 2016

"Próba Żelaza", Holly Black, Cassandra Clare



Na nieszczęście dla autorów chcących maczać palce w magii i nadzwyczajnych szkołach dla dzieciaków z wyjątkowymi zdolnościami J.K. Rowling bardzo wysoko postawiła poprzeczkę publikując serię o chłopcu, który przeżył. Jeśli ktoś pragnie zanurzyć się w świat czarów i uroków sięga po Harry’ego Pottera; jeśli ma ochotę zniknąć w rozbudowanych realiach magów powraca do Hogwartu. Porównując swoją twórczość do dzieła brytyjskiej pisarki łatwo się załamać i najlepiej nie pisać już nic, skoro wszystko już było. Duet Holly Black (współautorki Kronik Spiderwick) i Cassandry Clare (twórczyni uniwersum Nocnych Łowców) postanowił jednak spróbować swoich sił w stworzeniu powieści inspirowanej tytułem Rowling i zobaczyć, czy wyjdzie z tego Jedna Wielka Podróba czy też świeży, niezależny cykl.

Każdy choć raz w życiu zastanawiał się, jakby to było umieć czarować. Przesuwać przedmioty siłą woli, kontrolować wodę, zapalić ogień w kominku pstryknięciem palców, unosić się w powietrzu. I nadal wielu z nas czeka na wymarzony list z Hogwartu, choć 11. urodziny już dawno minęły. Nauka w szkole magii brzmi o wiele bardziej kusząco niż spędzanie czasu na żmudnej pracy domowej z fizyki czy referacie z biologii.

Dla Calluma Hunta trafienie do Magisterium brzmi bardziej jak koszmar niż spełnienie marzeń. Od małego ojciec wpajał mu, iż magia prowadzi jedynie do zniszczenia, a magów oskarżał o przedwczesną śmierć żony. Podczas gdy inne dzieciaki zrobiłyby wszystko, by przejść Próby Żelaza i dostać się do szkoły magii, tak chłopiec nie myśli o niczym innym, jak o oblaniu testów. Magisterium zdaje się jednak potrzebować Calla bardziej, niż mógłby przypuszczać.

Paraleli między powieścią Rowling oraz Black & Clare nie da się zignorować i oczywiście mogłabym wypisać tutaj całą masę podobieństw, aczkolwiek nie wiedzę w tym większego sensu – oprócz ogólnego zamysłu i podstawowego konceptu obydwie serie znacznie odbiegają od siebie. Magisterium nie ma nic wspólnego z Hogwartem, poza tym, że skupia młodych, uzdolnionych magów. Idea czarów obraca się wokół pięciu żywiołów - wody, ognia, ziemi, powietrza i chaosu - natomiast uczniowie kształtują się w kierunku pierwszych czterech. Ostatni element należy do rzadkości, lecz gdy ostatnio ktoś potrafił nim władać, świat czarodziejów pochłonęła krwawa wojna.


Bardzo dobrą decyzją okazało się umieszczenie szkoły pod ziemią, gdzie klasy wykute są w niekiedy w litej skale, a ukryte przejścia prowadzą do jaskiń oblepionych lśniącym w ciemności mchem albo wypełnionych nieprzeniknioną taflą jeziorka. Magisterium intryguje mnogością nieznanych obiektów, tras i pomieszczeń, które nijak mają się do pierwotnych oczekiwań wobec lektury. Koncept duetu jest powiewem świeżości wśród elitarnych akademii umieszczonych w starych zamkach i wiekowych budowlach. Tymczasem pomysł na całokształt nie osiągnął w pełni swojego potencjału, dostajemy zaledwie garstkę szczegółów, zanurzając w świecie przedstawionym jedynie opuszki palców. Etapy Prób Żelaza zostały dobrane chaotycznie i jakby bez większego sensu, lekcje w Magisterium ograniczają się do krótkich wzmianek bądź nużących opisów, sama szkoła zdaje się istnieć w oderwaniu od reszty świata magów - jedynym rysem historycznym jest jeszcze świeża w pamięci magów wojna z Wrogiem Śmierci.

Fakt faktem, intencjonalnie autorki kierują powieść do osób w wieku przed- lub gimnazjalnym, oscylując wokół wieku głównego bohatera, dwunastolatka. Starsi czytelniczy mogliby poczuć pewien niedosyt w braku detali formujących pełnowymiarowe uniwersum czy ogólnym zarysie postaci. Mimo to Próby Żelaza mają w sobie coś, czego nie dostrzeże młodszy odbiorca. Choć Black & Clare upewniły się, iż tematyka nie ciąży na powieści, aby ta mogła być przystępna i prosta w odbiorze, przemyciły kilka mrocznych elementów, również tych z pogranicza szarej strefy moralności. Powieść otwiera przecież scena masakry (bez szczegółów), dalej zostajemy zaznajomieni z magią chaosu, będącą w stanie doprowadzić do obłędu, widzimy bohaterów zmagających się z kuszeniem mocy, uczymy się o postaciach, które mimo młodego wieku straciły rodziców. Autorki nigdy nie akcentują tematów ciężkich, choć ich tutaj nie brakuje, dzięki czemu i starszy czytelnik ma szansę dać się powieści pochłonąć.

Callum może i przypomina Harry’ego w porywczości i lekkomyślności, jednak jest w nim mnóstwo wątpliwości dotyczących Magisterium. Przez całe życie uczony był o okropnościach, jakie mogą go tam spotkać, a przejście Prób Żelaza przypominało ostateczne skonfrontowanie wpajanych mu prawd z rzeczywistością. Wcale nie znalazł się w szkole jako Wybraniec, lecz jako zwyczajny młody mag, mogący stanowić zagrożenia dla normalnych ludzi. Mam wrażenie, że to zasługa Clare, ponieważ ona ma dryg do takich rzeczy, ale na szczególną uwagę zasługuje przyjaźń dwóch chłopaków. Callum przez niesprawną nogę nie potrafi wykonywać niektórych czynności, lecz Aaron zawsze znajdzie się obok, by mu pomóc, ale nie w przesadzony, nachalny sposób. Czytelnik zawsze czuje jego cichą obecność, wyciągniętą dłoń, rękę pomagającą utrzymać w pionie, natomiast ów gesty nie mają w sobie nic z lekceważącej litości. Call jest dla niego przeciwwagą, kimś, bez kogo mógłby przekroczyć pewne nieprzekraczalna granice. Pojedynczo nie błyszczą na tle całokształtu, dopiero wspólnie zwracają na siebie uwagę.


W pierwszej połowie lektury wahałam się, czy z niej nie zrezygnować, gdyż niedopracowane Próby Żelaza i nużąca fabuła pozostawiały wiele do życzenia. Akcja nabiera tempa dosyć późno, aczkolwiek czekanie się opłaciło, kiedy dotychczasowa wiedza młodych magów boleśnie zderza się z zagadkami ukrytymi w przeszłości. Na kartach powieści autorki ukryły niebezpieczne sekrety, postacie o dwóch twarzach - niektóre z nich nawet nie wiedzą, że skrywają w sobie jeszcze jedną maskę. Wojna magów pozostawiła po sobie wiele niedopowiedzeń, a duża część z nich zostaje wyeksponowana w absolutnie fascynującym finale, z mnóstwem zaskakujących zwrotów akcji i szokujących rewelacji. Ta seria przybiera zupełnie inny obrót niż książki z cyklu o Harry’m Potterze, w pewien sposób bardziej mroczny i zupełnie niespodziewany.

Autorki końcówką nadrabiają wszelkie niedociągnięcia, ponieważ ja już nie mam wątpliwości, iż sięgnę po kontynuację. Wyraźne widać, w jaką grupę wiekową celował duet pisarek, po płytkiej kreacji świata przedstawionego i nielicznych nietrafionych żartach. Jako starszy czytelnik zdołałam odnaleźć swoje miejsce w Magisterium, wśród przerażających konsekwencjami wpływów czarów, nietuzinkowego miejsca akcji, jakim są jaskinie szkoły, absolutnie rozkosznej, męskiej przyjaźni i szczypcie niepokojących wątków, tylko czekających na zgłębienie. Od porównań do HP być może i nie da się uciec, jednak bardzo łatwo jest pozwolić im rozpłynąć się w innych wątkach, aby ostatecznie przybrały one zupełnie inne oblicze. Próby Żelaza to prosta i niewymagająca książka, lecz cokolwiek zdumiewająca i absorbująca.

Tytuł oryginalny: The Iron Trial
Seria/cykl wydawniczy: Magisterium #1
Wydawnictwo: Albatros

niedziela, 22 maja 2016

"A Court of Mist and Fury" (Dwór cierni i róż #2), Sarah J. Maas



W baśni dobro zawsze triumfuje nad złem, Jaś i Małgosia odnajdują drogę do domu, Śpiąca Królewna wybudza się ze snu po pocałunku prawdziwej miłości i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nie inaczej potoczyła się historia Pięknej i Bestii, gdzie ona dostrzega urok skryty pod zewnętrzną warstwą brzydoty, gdzie prawdziwe uczucie opiera się nie na fizycznej atrakcyjności a na wspaniałości duszy. U Disneya po zdjęciu klątwy książę wraca na powrót do swojej prawdziwej (przy okazji pociągającej) postaci, odczarowany zostaje również dwór, natomiast kurtyna opada w chwili zachwycającego balu: zakochanej pary tańczącej wśród mieniącego się złota kandelabrów i szmeru skrzącej się sukni Belli.

Baśnie nie bez powodu zostają urwane w pół słowa. Co jeśli Bestia, pomimo pozbycia się klątwy, wciąż pozostały Bestią - ale w środku? Co jeśli jego przeszłość, i przy okazji przeszłość Belli, nie pozwoliłyby im na zasłużone szczęśliwe zakończenie?

Po krwawych próbach pod Górą Feyre nie tylko złamała przekleństwo wiążące ukochanego Tamlina, lecz również wyzwoliła resztę Dworów spod jarzma Amaranthy. Przyszło jej zapłacić najwyższą cenę, aczkolwiek teraz rozciąga się przed nią cała wieczność delektowania się życiem jak ze snów. Chociaż... Sny niekiedy przybierają formę koszmarów, dom zmienia się w więzienie, a mroki przeszłości tak ciasno przywierają do ciała, że stają się drugą skórą.

Dwór cierni i róż był jedynie zapowiedzią, ułamkiem wspaniałości, jakie przygotowywała już w trakcie tworzenia pierwszego tomu Sarah J. Maas. Wtedy lektura wydawała mi się niepełna, niezrozumiała w kontekście zdobytej popularności, ledwo ponadprzeciętna. Po przeczytaniu A Court of Mist and Fury miała wrażenie, jakoby klątwa nie tylko ograniczała Dwory, lecz także potencjał trylogii. Złamanie przekleństwa zdjęło łańcuchy z potęgi książąt w równej mierze, jak z możliwości powieści.


Jak Marissa Meyer w Sadze księżycowej kolejne tomy poświęca innym retellingom, tak Maas zdaje się podążać podobnym tropem. Dwór cierni i róż niewątpliwie należał do Pięknej i Bestii, cała powieść była jawną reinterpretacją baśni, którą wielu pokochało dzięki zapierającej dech w piersiach animacji Disneya. Wtedy też pojawiła się zapowiedź nawiązania do mitologii greckiej, gdy Rhysand pomógł Feyre w zamian za comiesięczne wizyty na Dworze Nocy - zapewne tylko nielicznym umknęła paralela między nimi a Persefoną i Hadesem. To chyba jedna z najbardziej fascynujących par w dawnych wierzeniach; sztuka lubi doszukiwać się tam nowych możliwości, przywiązania opartego na trudnych relacjach, lubi wysnuwać pytania - jak to jest kochać boga Podziemi? czy królestwo umarłych rzeczywiście opiera się jedynie na cierpieniu i udrękach?

Maas ciągnie do mrocznej tematyki, szarej strefy moralności i trzeba przyznać, że wyśmienicie się w nich odnajduje. Po mistrzowsku ukazuje wpływ wydarzeń z pierwszego tomu na wszystkie aspekty życia bohaterów, odznaczając się godną pozazdroszczenia dbałością o szczegóły. Wiele uwagi poświęciła protagonistce, niezwykle realistycznie oddając nagłe napady lęku, koszmary skrywające się tuż pod powiekami, emocje kotłujące się w nowym, silniejszym ciele. Ukazuje osobę zniszczoną, ignorowaną, niedocenianą, ugłaskiwaną w sposób łamiący serce, malując portret dziewczyny-ducha. Aczkolwiek pod całym tym bólem skrywa się przecież łuczniczka, która przez lata utrzymywała rodzinę przy życiu, bohaterka, która przetrwała krwawe próby i wyzwoliła Prynthian, wreszcie osoba świadoma swoich praw i racji, fae o ludzkim sercu, należąca jednocześnie do żadnego i do wszystkich Dworów.

Nie tylko protagonistka zostaje tu przedstawiona jako silna postać kobieca, więcej tu kobiet posiadających realną pozycję, władczych, stanowczych. Są odbiegające od wyidealizowanych stereotypów relacje siostrzane, wyciosane w trudnych, drastycznych warunkach oraz więzi czysto przyjacielskie, gdzie dialogi niekoniecznie obracają się wokół mężczyzn (!!!). Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy, że w tytułach z wyraźnie zarysowanym wątkiem romantycznym dziewczyny praktycznie nie posiadają jakichkolwiek relacji albo są one na tyle płytkie, że trudno cokolwiek więcej o nich powiedzieć.


W relacjach z Tamlinem Feyre przypomina Roszpunkę, zamkniętą w wysokiej wierzy, zniechęcanej do świata na zewnątrz, trzymanej w aurze niezadanych pytań i skrywanych odpowiedzi. Paradoksalnie Dwór Nocy stanie się symbolem odrodzenia, nowego życia, podczas gdy rola ta powinna przypaść Wiośnie. To Rhysand będzie starał się nie tyle przejąć mrok Feyre, co przekuć go w broń. Samo stwierdzenie wskazuje na respekt, na traktowanie dziewczyny jako osoby równej sobie, istoty całkowicie samodzielnej. W A Court of Mist and Fury obydwoje startują z miejsca pełnego cieni, w ich interakcjach pełno jest ostrożności, przestrzeni, gry pozorów, a jednocześnie śmiałych posunięć i balansowania na ustanowionych przez siebie granicach. Ich relacje są pełne sprzeczności, dlatego też nie mogłyby odkrywać innej roli niż katalizatora paraliżujących doznań. Doskonale poprowadzone dialogi odkrywają akurat tyle, by czytelnik z gorączkową niecierpliwością wyczekiwał kolejnych sposobności na rozmowę, z kolei portrety psychologiczne postaci splatają się w wyjątkowy, pełen bólu, odłamków i trudno skrywanej tęsknoty arras. Nie chciałam, by ta książka kiedykolwiek się skończyła.

Akcja w Dworze cierni i róż przez większą część czasu trwała w zawieszeniu, natomiast A Court of Mist and Fury tętni życiem od pierwszych stron, a zagadkowe relacje Feyre i Rhysanda oraz ich zajmujące portrety psychologiczne jako indywidualności nie są jedynymi wątkami, trzymającymi czytelnika w niepewności i antycypacji. Dwór Nocy odkrywa przed odbiorcą wachlarz możliwości, stanowiąc bramę do rozległego i pełnego wspaniałości Prynthianu. Maas zagłębia się w aspekty kulturalne i obyczajowe, przedstawia pełniejszy obraz wierzeń, mitów i historii terenów należących do fae, kreśli mapę areny politycznej, delikatnych relacji z Hybernią i rasą ludzką. Tak dobrze przygotowany świat przedstawiony tworzy wprost wymarzone tło dla powieści wchodzącej w kategorię prawdziwego fantasy aniżeli lektury z sekcji Young Adult.

W tym kontekście książka szokuje najbardziej, ponieważ Maas kojarzona jest raczej jako autorka tytułów młodzieżowych. Podczas gdy Dwór cierni i róż dawał do zrozumienia, że jest skierowany również do starszego odbiorcy (choć niekoniecznie), tak tutaj wręcz prosi się o czytelnika dojrzałego, w okolicach pełnoletności. Powieść w przedziwny sposób urzeka nieludzkim zachowaniem fae, ich okrutną brutalnością, pierwotnymi instynktami i szczątkowym zezwierzęceniem. Cielesność i pożądanie odważniej panoszą się na kartach książki, natomiast autorka nigdy nie gorszy i trzyma w ryzach dobrego smaku.


Sarah J. Maas dała mi coś, czego od kilku tygodni, jeśli nie miesięcy, żaden inny autor nie był w stanie - książkę, dzięki której cały otaczający mnie świat przestał istnieć, gdzie kartek ubywało zbyt szybko, a ja miała nadzieję, że magia Prynthianu przeniknie do mojej rzeczywistości, wyczarowując kilkaset dodatkowych stron. Przeróżne stwory rodem z mitów i legend, elementy należące do folkloru budzą się do życia, pojawia się prastara magia i antyczne formy. Pod względem różnorodności istot, spowijającej ich atmosfery niesamowitości i grozy nie mogłam zignorować podobieństw do Deathless Catherynne M. Valente - ta pozycja była królestwem kreatur przynależących do słowiańskiej mitologii, a jej esencjonalne elementy niekiedy przebijały się na wierzch wielu warstw wariantywnych wątków w A Court of Mist and Fury.

Rhysand w pewnym momencie powiedział, że są różne typy ciemności i o tym właśnie jest ta powieść. Ciemność może pożerać, niszczyć, trwożyć, może być narzędziem tortur kojarzonym z lochami bez wyjścia i koszmarami przychodzącymi w nocy. Istnieje jednak ten typ ciemności, który będzie kojący i delikatny, jeśli tylko mu na to pozwolisz. Lektura skupia się na walce z najmroczniejszymi zakamarkami umysłu i ewentualnym zaakceptowaniu ich, zrobieniu z nich swojej siły, a nie słabości. Wszystko w drugim tomie trylogii zostało dopięte na ostatni guzik, poczynając od szczegółowego świata przedstawionego, przez absolutnie rozkoszny wątek romantyczny, wciągającą fabułę, wnikliwe portrety psychologiczne po autentyczne relacje między postaciami. Jeśli po lekturze Dworu cierni i róż macie jakikolwiek wątpliwości, czy warto ciągnąć po kontynuację zapewniam, że więcej, niż warto. A Court of Mist and Fury skupia w sobie najlepsze cechy z gatunku fantasy, pobudza zmysły odważniejszymi scenami i zachwyca delikatnością prywatnych dialogów, czerpiąc z elektryzujących romansów. Pozwólcie oczarować się blaskiem gwiazd, błyskiem szponów w ciemności, subtelnością i zmysłowością wątku romantycznego, trzymającą w napięciu fabułą. Obiecuję, że w pewnym momencie pokaźna objętość ponad sześciuset stron Wam nie wystarczy.

wtorek, 17 maja 2016

"Dziedzictwo ognia", Sarah J. Maas [BEZ SPOILERÓW]



Mam cały arsenał tych tak zwanych unpopular opinions, którymi szastam na prawo i lewo, a jedną z głównych i najważniejszych od zawsze była moja opinia na temat Szklanego tronu. Pierwsze dwa tomy serii czytało się naprawdę przyjemnie, bywało niebezpiecznie, tajemniczo, mrocznie, aczkolwiek drażniły mnie dziecinne dialogi, infantylne zachowanie, styl wołający o pomstę do nieba i ta przeklęta Celaena, nawet nie dorównująca czynami swojej sławie. Jak trzecia część mogła potencjalnie zmienić moje spojrzenie na serię? A no tak, że teraz mogłabym paść przed Maas na kolana i dziękować za Dziedzictwo ognia.

Spomiędzy kartek wypełzają stwory z mitów i legend; to książka ciężka od prastarej magii, ustnych przekazów i poległych w chwale wojowników. Do poprzednich tomów autorka dorzuciła jedynie szczyptę czarów, jeżeli porównać go z tym, po brzegi wypełnionym fantastycznymi istotami. Na piedestale zostają ustawione faerie, do złudzenia nawet już nieprzypominające ludzi, a zwierzęta. Są okrutni, bezwzględni, zaborczy i terytorialni. Maas po mistrzowsku rozgranicza istoty o spiczastych uszach od człowieka, czytelnik nie ma wątpliwości, że pełne gracji i ukrytej siły stworzenia odczuwają i widzą świat zupełnie inaczej.

Tutaj nawet nie chodziło o to, by powieść reprezentowała sobą zapierające dech w piersiach widowisko pod względem fabuły. Nie, autorka samym klimatem przesiąkniętym magią trzyma czytelnika w żelaznym uścisku, wciągając coraz głębiej w realia Erilei, aby zapomniał o całym otaczającym go świecie. Akcja trzyma w napięciu ilekroć z ciemności wypełzają mroczne kreatury, potęgujące atmosferę grozy i niepokoju; gdy Celaena stoi u progu wytrzymałości; w chwilach magicznych sparingów. Wtedy, gdy już nie mamy jak uciec z szokująco brutalnej i nieludzkiej rzeczywistości – wtedy pozwala bohaterom triumfować.


Cała otoczka nadprzyrodzonych zjawisk kreuje mroczną, tajemniczą atmosferę, współegzystującą z batalią rozgrywającą się w sercu Celaeny. Musicie wiedzieć, że powieść nie tylko przesiąkła magią, ale również emocjami Zabójczyni Adarlanu, pulsującymi bólem i niepewnością. Poznajemy ją od zupełnie innej strony, chociaż wciąż nie przestaje podbijać serc czytelników arogancją i niebezpieczną pewnością siebie. Maas udało się zdobyć szczyt mistrzostwa w ewolucji portretu psychologicznego postaci, ponieważ wniknęła w sam środek prawdziwej, cholernie trudnej walki o pogodzenie się z przeszłością, konfrontacji z niechcianym, odtrącanym przez lata dziedzictwem, batalii ze wstydem, lękiem, autodestrukcją. Surowe, niebezpieczne w swej gwałtowności emocje uderzają w czytelnika falami i poruszają do żywego tak, jak jeszcze żaden tom Szklanego tronu tego nie zrobił.

W Dziedzictwie ognia pisarka odsuwa na bok dziecinadę rozterek miłosnych, choć wciąż pobrzmiewają echem gdzieś w tle, wciąż stanowią integralną część głównej bohaterki. W ich miejsce tka relacje damsko-męskie, bardzo ważne, ponieważ nie romantyczne. Opierają się na lojalności, na powinowactwu dusz i, co najlepsze, są silne, wręcz nierozerwalne, a wciąż czysto platoniczne. Więzi nie pojawiają się od tak, bezpodstawnie; formuje je ból, cierpienia, ostre słowa. To więzi wojowników doświadczonych przez los, którzy są dla siebie kubłem zimnej wody, nie żadną litością czy przesłodzonymi i absolutnie nie na miejscu gestami.

Mogłabym narzekać na fakt, że obok dominującej, zabójczej Celaeny pojawiają się jedynie mężczyźni, co prawda intrygujący i dalecy od szablonowości, lecz wciąż niwelujący jakiekolwiek szanse na relacje czysto dziewczęce. Wtedy z pomocą przychodzą rozdziały z całkiem innego punktu widzenia, bardziej wypranego z emocji, mniej ludzkiego, acz pełnego niesamowitości i cieni – czarownicy Manon. Przyznaję, że początkowo jej narracja wydawała mi się najnudniejsza, aczkolwiek zawikłany kodeks praw sabatów znacznie różni się od zasad ustanowionych przez zwykłego człowieka. Podobnie jak w przypadku faerie bliżej im do zwierząt, są krwiożercze, rywalizujące o dominację, przebiegłe. Ich codzienność jest groźna i brutalna, wciągająca bardziej, niż pędząca akcja.


Od pierwszego tomu Szklanego tronu styl Maas zmienił się diametralnie, stał się bardziej dojrzały, wywarzony. Fenomenalnie równoważy sceny humorystyczne z cięższymi, o naturze psychologicznej, przemycając do serii coś nowego. Wie, jak wywołać wstrząs w umyśle czytelnika, nagle bardziej zdaje sobie sprawę, jaką słowa mają moc i jak, odpowiednio użyte, potrafią innymi zawładnąć. Dziedzictwo ognia wykracza poza kartki, poza świat czysto fikcyjny, całą sobą manifestując nadzieję i siłę, na zasadzie kontrastu zestawiając ludzkie serce Celaeny z twardymi, prastarymi sercami faerie i posądzanymi o brak serca czarownicami, ludzkie instynkty ze zwierzęcymi odruchami. Na piedestale stoją pulsujące uczucia, najciemniejsze zakątki umysłu i pytanie: czy rzeczywiście potrzebny jest potwór by zwalczyć innego potwora? Maas otwiera przed czytelnikiem nowe zakątki swojego świata, swoich postaci, snuje uzależniającą wielowątkowością i przesytem doznań historię i na czas lektury (a nawet po jej zakończeniu) cała otaczająca nas rzeczywistość przestaje istnieć.