środa, 20 kwietnia 2016

"Miecz lata", Rick Riordan



Nordycka mitologia nie jest czymś, na czym skupia się uwaga nauczyciela od historii, gdy omawia pierwsze podboje Wikingów. Nie jest również ściśle zespolona z popkulturą i tekstami kultury jak wierzenia starożytnej Grecji czy Egiptu. Filmy z Marvel Cinematic Universe o bogu piorunów, w którego wciela się Chris Hemsworth oraz serial Wikingowie są jedynymi, popularniejszymi tytułami, w jakiś sposób przybliżającymi nam ów zagadnienie. Jednak jaka przypada Riordanowi funkcja, jeśli nie nauczyciela, przezabawnie, z przymrużeniem oka snującego przekazy o dawnych bóstwach i zapomnianych światach, w tym pisarza, którego powieści czyta się z zainteresowaniem i zapartym tchem?

Jednego dnia bezdomny dzieciak, a drugiego syn nordyckiego boga – los wprost uwielbia wystawiać szesnastoletniego Magnusa Chase’a na próbę. Sądził, że mitologia jest tylko tym: nieaktualnymi wierzeniami, do czasu, gdy w wyniku splotu wydarzeń zostaje umieszczony w Walhalli, krainie wiecznego szczęścia dla poległych na polu bitwy wojowników. Wyczucie czasu nie należy do największych z jego zalet, ponieważ w skandynawskich krainach należących do bogów ktoś bardzo, ale to bardzo chce doprowadzić do Ragnaröku – dnia sądu – co niebezpiecznie przypomina koniec świata.

Dla mnie, jako laika w kwestii mitologii nordyckiej, Miecz Lata wniósł powiew świeżości i zatrzęsienie informacji. Podczas gdy Rzymianie bardzo sprytnie przekształcili wierzenia zaczerpnięte z podbitych terenów starożytnej Grecji, nieznacznie modyfikując je do swoich potrzeb, tak w przypadku podań Wikingów nie ma wątpliwości, że od powyższych w większej mierze się różni. Co prawda to wciąż religia politeistyczna, jednak o wiele bardziej brutalna. Wszystko w najnowszej powieści amerykańskiego pisarza ma dosyć drastyczny wydźwięk, jeśli się nad tym dłużej zastanowić („walka grupowa AŻ DO ŚMIERCI”, „lunch AŻ DO ŚMIERCI”), aczkolwiek książka została szczodrze zaopatrzona w typowe, riordanowskie poczucie humoru, więc nieszczęścia przybierają rangę jednego, wielkiego żartu. Autor sprawnie balansuje na granicy dobrego smaku, czytelnik tylko czeka na potknięcie, które nie nadchodzi.


Przyswajanie wiedzy w takiej atmosferze to czysta przyjemność. Naturalnie, mitologia skandynawska rysuje się jako bardziej zawiła, niż doskonale znane podania starożytnych Rzymian czy Egipcjan, i całkowite zrozumienie wszelkich koligacji da się sklasyfikować jako proces mozolny. Miecz Lata plasuje się na całkiem niezłym poziomie, jeśli chodzi o kompendium wiedzy, chociaż wiele pozostaje jeszcze w kwestii niedopowiedzenia. Poznawanie od podstaw dziewięciu światów, nowych bogów czy magicznych przedmiotów rekompensuje schematyczność fabuły, głównie opierającej się na zasadzie „przysługa za przysługę”. Ze zleconych zadań rodzą się kolejne, ponieważ informacja zawsze ma swoją cenę, dlatego też pozycja pęka w szwach od wymyślnych przygód.

Sam główny bohater, oprócz trafiającego do czytelnika poczucia humoru i gadającego miecza, nie odznacza się niczym szczególnym. Natomiast współtowarzysze w podróży to już całkiem oddzielna kwestia. Podobnie jak w Złodzieju pioruna Percy’emu towarzyszyła Annabeth, a więc oprócz niego jedyny heros, oraz satyr Grover, tak tutaj kompanami Magnusa są: Sam, muzułmanka pracującą jako walkiria na usługach Walhalli, elf Hearthstone władający mocą runów i krasnolud Blitzen, zamiast typowym rzemiosłem parający się modą. Ich relacje skupiają się wyłącznie na przyjaźni, głębokiej trosce, a już poza grupą ogromne znaczenie mają więzy rodzinne. Cały pierwszy tom stoi pod znakiem szukania własnej tożsamości w zupełnie nowych realiach, zdobywania zaufania do innych, próby przystosowania się do świata skandynawskich wierzeń, nie tak dawno należących jedynie do ksiąg historycznych.

Po części prawdą jest, że Riordan powoli się wypala, że podobne schematy stosuje po raz enty w swoich powieściach, jednak czy to w jakiś sposób miałoby powstrzymać mnie od lektury każdej z jego nowości? Czas akcji nigdy nie przekracza w pojedynczych pozycjach kilku bądź kilkunastu dni, jednak ze względu na mnogość wydarzeń czytelnik zawsze ma wrażenie, że odbył z bohaterami podróż trwającą co najmniej parę miesięcy. Poczucie humoru w doskonale znanym, riordanowskim stylu wywoływało u mnie salwy śmiechu więcej razy, niż spodziewałam się, że to możliwe. Krótkie rozdziały urwane w odpowiednim, kulminacyjnym momencie sprawiają, że nie sposób się od nich oderwać, a same ich tytuły są perełkami samymi w sobie. Autor nie omieszkał również puścić oka do stałych czytelników, robiąc nawiązania do Olimpijskich herosów czy Percy’ego Jacksona i bogów olimpijskich (jedna z dobrze znanych nam postaci złoży Magnusowi w tym tomie wizytę). Fabuła, choć niepozbawiona szablonowości, wciąż intryguje, zważając na niezbyt dobrze przeze mnie znaną mitologię nordycką i liczne z jej strony niespodzianki. Warto uprzednio sięgnąć po wcześniejsze pozycje Ricka Riordana, jeśli nigdy nie mieliście z nim styczności. Chociaż, jeśli nie znacie typowych dla niego schematów, ta lektura może o wiele bardziej właśnie Wam przypaść do gustu.

Tytuł oryginalny: The Sword of Summer
Seria/cykl wydawniczy: Magnus Chase i bogowie Asgardu #1
Wydawnictwo: Galeria książki