Nordycka
mitologia nie jest czymś, na czym skupia się uwaga nauczyciela od historii, gdy
omawia pierwsze podboje Wikingów. Nie jest również ściśle zespolona z
popkulturą i tekstami kultury jak wierzenia starożytnej Grecji czy Egiptu.
Filmy z Marvel Cinematic Universe o bogu piorunów, w którego wciela się Chris
Hemsworth oraz serial Wikingowie są
jedynymi, popularniejszymi tytułami, w jakiś sposób przybliżającymi nam ów
zagadnienie. Jednak jaka przypada
Riordanowi funkcja, jeśli nie nauczyciela, przezabawnie, z przymrużeniem oka
snującego przekazy o dawnych bóstwach i zapomnianych światach, w tym pisarza,
którego powieści czyta się z zainteresowaniem i zapartym tchem?
Jednego
dnia bezdomny dzieciak, a drugiego syn nordyckiego boga – los wprost uwielbia
wystawiać szesnastoletniego Magnusa Chase’a na próbę. Sądził, że mitologia jest
tylko tym: nieaktualnymi wierzeniami, do czasu, gdy w wyniku splotu wydarzeń
zostaje umieszczony w Walhalli, krainie wiecznego szczęścia dla poległych na
polu bitwy wojowników. Wyczucie czasu nie należy do największych z jego zalet,
ponieważ w skandynawskich krainach należących do bogów ktoś bardzo, ale to
bardzo chce doprowadzić do Ragnaröku – dnia sądu – co niebezpiecznie przypomina
koniec świata.
Dla
mnie, jako laika w kwestii mitologii nordyckiej, Miecz Lata wniósł powiew
świeżości i zatrzęsienie informacji. Podczas gdy Rzymianie bardzo sprytnie
przekształcili wierzenia zaczerpnięte z podbitych terenów starożytnej Grecji,
nieznacznie modyfikując je do swoich potrzeb, tak w przypadku podań Wikingów
nie ma wątpliwości, że od powyższych w większej mierze się różni. Co prawda to
wciąż religia politeistyczna, jednak o wiele bardziej brutalna. Wszystko w
najnowszej powieści amerykańskiego pisarza ma dosyć drastyczny wydźwięk, jeśli
się nad tym dłużej zastanowić („walka grupowa AŻ DO ŚMIERCI”, „lunch AŻ DO
ŚMIERCI”), aczkolwiek książka została szczodrze zaopatrzona w typowe,
riordanowskie poczucie humoru, więc nieszczęścia przybierają rangę jednego,
wielkiego żartu. Autor sprawnie
balansuje na granicy dobrego smaku, czytelnik tylko czeka na potknięcie,
które nie nadchodzi.
Przyswajanie
wiedzy w takiej atmosferze to czysta przyjemność. Naturalnie, mitologia
skandynawska rysuje się jako bardziej zawiła, niż doskonale znane podania
starożytnych Rzymian czy Egipcjan, i całkowite zrozumienie wszelkich koligacji da się sklasyfikować jako proces
mozolny. Miecz Lata plasuje się
na całkiem niezłym poziomie, jeśli chodzi o kompendium wiedzy, chociaż wiele pozostaje jeszcze w kwestii
niedopowiedzenia. Poznawanie od podstaw dziewięciu światów, nowych bogów
czy magicznych przedmiotów rekompensuje schematyczność fabuły, głównie
opierającej się na zasadzie „przysługa za przysługę”. Ze zleconych zadań rodzą
się kolejne, ponieważ informacja zawsze ma swoją cenę, dlatego też pozycja pęka
w szwach od wymyślnych przygód.
Sam
główny bohater, oprócz trafiającego do czytelnika poczucia humoru i gadającego
miecza, nie odznacza się niczym szczególnym. Natomiast współtowarzysze w
podróży to już całkiem oddzielna kwestia. Podobnie jak w Złodzieju pioruna Percy’emu towarzyszyła Annabeth, a więc oprócz
niego jedyny heros, oraz satyr Grover, tak tutaj kompanami Magnusa są: Sam,
muzułmanka pracującą jako walkiria na usługach Walhalli, elf Hearthstone
władający mocą runów i krasnolud Blitzen, zamiast typowym rzemiosłem parający
się modą. Ich relacje skupiają się wyłącznie na przyjaźni, głębokiej trosce, a
już poza grupą ogromne znaczenie mają więzy rodzinne. Cały pierwszy tom stoi
pod znakiem szukania własnej tożsamości
w zupełnie nowych realiach, zdobywania
zaufania do innych, próby przystosowania się do świata skandynawskich
wierzeń, nie tak dawno należących jedynie do ksiąg historycznych.
Po
części prawdą jest, że Riordan powoli się wypala, że podobne schematy stosuje
po raz enty w swoich powieściach, jednak czy to w jakiś sposób miałoby
powstrzymać mnie od lektury każdej z jego nowości? Czas akcji nigdy nie
przekracza w pojedynczych pozycjach kilku bądź kilkunastu dni, jednak ze względu na mnogość wydarzeń czytelnik
zawsze ma wrażenie, że odbył z bohaterami podróż trwającą co najmniej parę
miesięcy. Poczucie humoru w doskonale znanym, riordanowskim stylu
wywoływało u mnie salwy śmiechu więcej razy, niż spodziewałam się, że to
możliwe. Krótkie rozdziały urwane w odpowiednim, kulminacyjnym momencie
sprawiają, że nie sposób się od nich oderwać, a same ich tytuły są perełkami
samymi w sobie. Autor nie omieszkał
również puścić oka do stałych czytelników, robiąc nawiązania do Olimpijskich herosów czy Percy’ego Jacksona i bogów olimpijskich
(jedna z dobrze znanych nam postaci złoży Magnusowi w tym tomie wizytę). Fabuła,
choć niepozbawiona szablonowości, wciąż
intryguje, zważając na niezbyt dobrze przeze mnie znaną mitologię nordycką
i liczne z jej strony niespodzianki. Warto uprzednio sięgnąć po wcześniejsze
pozycje Ricka Riordana, jeśli nigdy nie mieliście z nim styczności. Chociaż,
jeśli nie znacie typowych dla niego schematów, ta lektura może o wiele bardziej
właśnie Wam przypaść do gustu.
Tytuł oryginalny: The Sword of Summer
Seria/cykl wydawniczy: Magnus Chase i bogowie Asgardu #1
Wydawnictwo: Galeria książki