czwartek, 2 czerwca 2016

"Mara Dyer. Zemsta", Michelle Hodkin



TAJEMNICA | PRZEMIANA | ZEMSTA

Że niby finalny tom trylogii ma być ostatecznym domknięciem wątków z całej serii, ofiarowując czytelnikowi dostateczną ilość odpowiedzi, by czuł się usatysfakcjonowany? Ponieważ dla Michelle Hodkin koncept ten wydaje się obcy. Na przestrzeni poprzednich tomów przeszła z romansu pomieszanego z mrocznym thrillerem psychologicznym do niemniej schizowego dokopywania się do źródeł paranormalnych zdolności, pomieszanych ze szczyptą freudowskiej psychoanalizy i genetyki. Aby ubarwić fabułę autorka dodała niepokojące halucynacje, lunatykowanie, depresję, amoralne zachowania i psychicznego maniaka oraz szaloną panią doktor jako wrogów numer jeden. 

Widać, że coś chciała z tymi wszystkimi wątkami zrobić i wystartowała z bardzo wysokiego poziomu pierwszymi rozdziałami. Szpital psychiatryczny, kolejne eksperymenty i rozdwojenie jaźni. Mara czuje się, jakby znajdowała się w swoim ciele, a jednocześnie poza nim, jakby jej miejsce zajęła jakaś inna istota krępująca jej ruchy. Wstęp do Zemsty reprezentuje atmosferę, jaką czytelnicy pokochali w poprzednich tomach - szalenie groźną i niebezpiecznie intrygującą. Hodkin przesuwa charakterystyczne dla Young Adult granice, na ziemię kapią ciężkie krople krwi, martwe ciała zsuwają się na podłogę, natomiast ostrza lśnią od metalicznej cieczy. Język autorki i sposób, w jaki buduje klimat, jest bardzo sugestywny i wbrew pozorom wcale tak daleko nie zagłębia się w okrutne detale. Najgorsze sceny pozostawia wyobraźni czytelnika, fenomenalnie układając napięcie wokół przemilczanych szczegółów.

Pisarka ustawia intrygi na intrygach, pytania dotyczące szpitala psychiatrycznego i zdolności Mary piętrzą się wraz z kolejnymi rozdziałami. I to jest ten problem. Jak fascynujące i zaplątane wydawałyby się na początku, istnieje szansa, iż nie uzyskacie na nie odpowiedzi aż do końca. Michelle Hodkin wykreowała frapujących bohaterów, dlatego bolało mnie, kiedy nie otrzymałam satysfakcjonującego domknięcia ich kwestii. Psychiczny maniak otrzymuje tutaj drugie dno, pogłębiony rys biograficzny oraz zagadkową przeszłość skrytą w pilnie strzeżonych kartotekach, natomiast szalona pani doktor ma w sobie więcej, niż schematyczne tytuły. Cieszyłam się z najdrobniejszych detali na ich temat, póki mogłam, ponieważ w trakcie lektury rozpływają się gdzieś wśród innych wątków. W ich przeszłości drzemie jeszcze wiele do eksplorowania, z chęcią poświęciłabym czas na lekturę skupioną bardziej na osobie Jude'a i jego pokręconych, niewytłumaczalnych wahań nastroju czy doktor Kells i jej eksperymentach. 


Na szczęście nie tylko postaci drugoplanowe dają do myślenia, ponieważ największa gwiazda powieści lśni jak najbardziej prawidłowo. Mara Dyer i jej zabójczy umysł są przecież powodem wszelkich intryg, ciężkiej od zapachu krwi atmosfery, źródłem dla nowych manipulacji. Od pierwszego tomu w bohaterce widać siłę i niezależność, jednak dopiero Zemsta potęguje te cechy, przekładając je na większą wiarę we własne możliwości. Protagonistka z łatwością sięga po śmiercionośną broń własnego umysłu równie często, co po bardziej przyziemne wersje narzędzi zbrodni. Nie jest przerażoną, typową dla Young Adult we wstrzymywaniu swoich mocy dziewczyną, czym Hodkin jeszcze dalej odsuwa wytyczone przez gatunek normy. Mara ma całą kartotekę chorób psychicznych, co kreuje z niej postać niepokojącą i nieprzewidywalną, lecz - co najważniejsze - przykuwającą ciekawskie spojrzenia czytelników. 

Drugi z protagonistów, Noah, sprawia wrażenie zbyt wyidealizowanego w swoich zaburzeniach, co prawda nie tak drastycznych w skutkach. Złapałam się na tym, że nie potrafię zrozumieć jego depresji, ani co popycha go do autodestrukcyjnych przemyśleń. Chłopak ma niezwykle bogate życie wewnętrzne i przepiękną duszę, a rozdziały z jego perspektywy zawsze wydawały mi się zjawiskowe w feerii uczuć. Już w pozostałości jego charakterystyki autorka poszła nieco na łatwiznę, zostawiając nas z portretem dawnego bad-boy'a, którym należy się zaopiekować. Trochę tani chwyt jak na pozycję dalece wykraczającą poza standardy Young Adult. Już w Przemianie relacje Noah i Mary nie chwytały mnie za serce tak samo, jak w Tajemnicy, ich wątek gubi się gdzieś wśród wspomnień babci dziewczyn czy poszukiwania odpowiedzi, jaką są Horyzonty. Bardzo mało ich w tym tomie, natomiast wciąż łapałam się na tym, że jakoś trudniej mi się oddycha gdy prowadzili jeden z nielicznych dialogów, więc fani tego pairingu będą zadowoleni.


Michelle Hodkin dała o jedno kiczowate rozwiązanie za dużo, jak na tak dobrze zapowiadającą się serię, bez ładu i składu wieńcząc trylogię. Po mocnym starcie gdzieś po drodze początkowe koncepcje zaczęły się sypać, choć autorka w pocie czoła dosypywała nowych zagadek i spekulacji. Manipulacje działały doskonale, póki Mara nie rozpoczynała rozmowy z którymś z towarzyszących jej nastolatków. Oczywiście, Jamie był prześmieszny, jak z rękawa sypał odniesieniami do popkultury, puszczając oko do fanów literatury czy kinematografii, ale nie byłam w stanie złapać tej nici przyjaźni niby łączącej go z protagonistką. Przy okazji Hodkin zbyła Stellę, niby wprowadzając kolejny pierwiastek żeński, nie w pełni z niego korzystając. Ich poszukiwania prawdy na temat Horyzontów momentami niemiłosiernie się dłużyło, a pół zabawne-pół niezręczne wymiany zdań nie ratowały sytuacji.

W pewnym momencie coś zaczęło mi nie pasować. Po pierwszym tomie bardzo utkwił mi w pamięci niewiarygodnie dobry styl pisarki, który doskonale wpasowywał się w moje gusta i zaspokoił wrażliwość na funkcję poetycką tekstu. Natomiast już w polskim tłumaczeniu połowa dialogów brzmiała, jakby na siłę wymuszano na nich młodzieżowy slang, uzupełniany w narracji o kolejne, niepasujące kompletnie do atmosfery wypowiedzi. Przekład spisywał się świetnie, gdy chodziło o naukowe opisy chorób, objaśnianie zawiłych ścieżek genetyki czy przedstawienie zawikłanego umysłu Mary, lecz w całej reszcie słownictwo mnie po prostu bolało. Na ostatnią ćwiartkę książki przeniosłam się na oryginał i ogromnie żałuję, że nie zrobiłam tego na początku. Żeby się dobić, sprawdzałam później wersję angielską z polską i wiecie, jaki jest mój faworyt? He was real znalazło się w tłumaczeniu w postaci Był w realu. Trzymajcie mnie.



Mara Dyer jako seria należy do jednych z najlepszych młodzieżówek na rynku wydawniczym, tylko nie poszczęściło się jej z finałem. Michelle Hodkin zbyt dużą uwagę skupiła na nieustannym intrygowaniu czytelnika kolejnymi wątkami, ostatecznie zapominając, że wypadałoby większość z nich wyjaśnić. Dała znać, że bohaterowie są częścią większej całości, natomiast ostatecznie zostali zamknięci w kokonie własnej rzeczywistości, bez szerszych perspektyw. Największym atrybutem Zemsty są nietuzinkowi, problematyczni bohaterowie oraz emocje, jakie wywołują – strach, fascynacja, niepewność. Autorka nie waha się przed odważniejszymi rozwiązaniami fabularnymi, dlatego chciałabym zapamiętać trylogię jako właśnie taką – mroczną, zaskakującą, trzymającą w napięciu, przerażającą. Finałem chyli czoła ku wielbicielom książkowego romansu, ponieważ zafascynowanych kwestiami psychoanalizy delektowała już wcześniej. Szkoda, że Michelle Hodkin nie udało się pogłębić wątku rozdwojenia jaźni, niepewności względem tego, co należy do rzeczywistości, a co do sfery wyobraźni, tych elementów typowych dla thrillera psychologicznego, widocznych w poprzednich tomach. Patrząc na serię jako całokształt polecam ją z czystym sumieniem, ponieważ nie bez powodu zdobyła rozgłos i uwielbienie w wielu krajach na całym świecie.

poniedziałek, 30 maja 2016

"The Rose and the Dagger", Renée Ahdieh



THE WRATH AND THE DAWN | THE ROSE AND THE DAGGER
Nie spoileruję poprzedniego tomu.

Czytelnicy kochają retellingi, autorzy jak widać również, a Renée Ahdieh potrafiła doskonale wykorzystać torujący sobie drogę na szczyt trend. Nie twierdzę, że kolejne reinterpretacje Pięknej i Bestii (wplecione przykładowo w Dwór cierni i róż Sarah J. Mass) czy Roszpunki (wykorzystane przez Marissę Meyer w Cress) już się wszystkim znudziły - z doświadczenia wiem, że nigdy nie przestanę zagłębiać się w podobnych lekturach, ponieważ ilu twórców, tle punktów widzenia i potencjalnych, nowatorskich rozwiązań. Amerykańska pisarka zdecydowała się sięgnąć do kultury bliskiego i środkowego wschodu, zamiast iść utartymi ścieżkami kształtującymi mentalność zachodu zaczerpnęła inspirację z Księgi tysiąca i jednej nocy. W ramę modalną zbioru opowiadań wpisuje się legenda o Szeherezadzie, która każdego świtu pokonywała śmierć. 

Shahrzad, wiedziona chęcią zemsty, zjawia się w pałacu okrutnego kalifa Khorasanu aby zostać jego żoną. Król-chłopiec co dzień zawiera związek małżeński, a następnie zabija nowo poślubioną dziewczynę, nim ta przeżyje wschód słońca. Zdeterminowana Shazi używa podstępu, by przetrwać pierwszą, drugą, trzecią i kolejną noc, tylko by odkryć, że za czynami Khalida kryje się coś więcej, natomiast zemsta zaczyna lśnić na równi z innym, o wiele bardziej niebezpiecznym uczuciem.

Choć realia powieści są w pełni wytworem wyobraźni Ahdieh, fuzja licznych, żyjących wciąż kultur oraz legend należących do upadłych imperiów wypada niezwykle realistycznie jako tło dla książki fantastycznej – jakby Khorasan rzeczywiście mógł dawniej istnieć na mapach znanego nam świata. Retelling inspiruje się kulturą arabską i hinduską, przejmując charakterystyczne ubiory utkane z wyśmienitych, delikatnych tkanin, słownictwo związane z wariantywnymi rodzajami broni, wymyślne dania obsypane aromatycznymi przyprawami. Skupia się na esencjonalnych elementach czerpanych z wybranej obyczajowości, ledwie muska kwestie administracyjne, eksploruje natomiast arenę polityczną i napiętą sytuację między państwami ościennymi oraz powiązanymi z nimi rodami.


Mnogość wątków zdaje się konkurować o uwagę z silnie zarysowanym romansem, jednak nawet nie przeszkadzałoby mi, gdyby relacje Shahrzad i Khalida zostały wywyższone ponad inne tematy. Dużo w literaturze mówi się o związkach, gdzie partnerzy są równi sobie, jednak chyba nigdy w pełni nie pojęłam tej idei, dopóki nie przeczytałam The Rose and The Dagger. Jako kalif i kalifa Khorasanu są nie tylko równi sobie pozycją, lecz wyznaczają sobie nawzajem takie same granice. Shahrzad wychodzi z założenia, że skoro Khalid ma do czegoś prawo, ona nie powinna być traktowana inaczej. I on rzeczywiście respektuje jej prośby, nie ignoruje ich dla jej „dobra”, nie traktuje dziewczyny jako kogoś słabszego ze względu na jej płeć czy z samego faktu, iż się o nią obawia. Ich związek przypomina ten dzielony przez dojrzałych ludzi, czuć w nim przede wszystkim szacunek i zaufanie. Nie ma mowy o dziecinnych nieporozumieniach, czy sprzeczkach o byle co, dzięki czemu czytelnik nie ma prawa wątpić w realność ich uczuć. W czym jak w czym, ale w pisaniu romansów Renée Ahdieh radzi sobie znakomicie.

Jak w The Wrath and the Dawn nie potrafiłam ścierpieć Shahrzad, dziewczyny opisywanej wielkimi słowami, nie dorastającej do nich czynami, tak pokochałam ją przy kolejnym spotkaniu. Nie chodzi nawet o to, że przechodzi niewiarygodnie genialną metamorfozę, ponieważ z tomu na tom nie zachodzi w niej żadna widoczna zmiana - zamiast tego czuję do niej respekt jako do fenomenalnie wykreowanej postaci żeńskiej. Wreszcie w młodzieżowej powieści, takiej typowo romantycznej, widzę dziewczynę samodzielną mimo obecności u jej boku chłopaka. Dla mnie przełomowym fragmentem okazał się ten: All Shahrzad wanted was before her. All Shahrzad needed was within her. Jest różnica między pragnieniem a potrzebą, ponieważ to drugie zawsze okaże się witalne. A to, co niezbędne do życia, odnalazła w sobie. Zna swoją wartość i wielokrotnie pokazała, że nie pozwoli traktować się gorzej, niż na to zasługuje. Pod tym względem wcale nie sprawiała wrażenie wyidealizowanej, natomiast jawiła się jako postać wykreowana niezwykle realistycznie, z uwagą i konsekwentnością.

Ahdieh w ogóle jakoś ciekawiej przedstawiła postaci żeńskie w drugim tomie. Shahrzad wydaje się być osobą urodzoną do bycia pewną siebie, stworzoną do wielkich rzeczy, jednak nie wszystkie z nich były. Niektóre musiały dopiero pokonać niepewność i lęki, z własnej woli zamieniając się w stal, kończąc rządy szarej myszki. Były i takie o dwóch twarzach, do samego końca zwodzące i czytelników i bohaterów, żyjące w perfekcyjnie utkanej pajęczynie kłamstw. Nie zabrakło też tych sprzeciwiających się woli rodzica, wybierających siebie i większe dobro. Z pewnością dziewczyny zostały potraktowane lepiej, niż mężczyźni, raczej portretowani jako zawistni, żądni władzy oportuniści (z wyjątkami, oczywiście). Widać też w TRATD silnie parcie na pairingi – Renée Ahdieh udało się to dobrze rozegrać jedynie w przypadku Shahrzad i Khalida, czy byli razem, czy też oddzielnie, natomiast reszta sprawiała wrażenie upchniętych na siłę. Oprócz wspomnianej dwójki i żeńskich wyjątków kreacja postaci drugoplanowych wypadła nad wyraz blado.


The Rose and the Dagger zachwyciło mnie bardziej, niż TWATD, ponieważ wiedziałam już, czego mogę się spodziewać. Nie żadnych epickich bitew czy spektakularnych momentów, a wielowątkowej opowieści snutej z namysłem, aby oczarowany czytelnik, niczym sułtan z legendy o Szeherezadzie, nie chciał jej przerywać, a powracać do niej po dramatycznych zwieńczeniach rozdziałów. Atmosferę Księgi tysiąca i jednej nocy potęguje narracja prowadzona w trzeciej osobie, liczne peryfrazy dotyczące bohaterów czy bogaty w środki i skojarzenie styl. Sam język autorki budzi skojarzenia ze starymi księgami pełnymi mitów i podań, bardziej patetyczny niż spodziewalibyście się po młodzieżowym tytule, jednak nad wyraz adekwatnym i naturalnie zespolonym z powieścią. Książka od strony warsztatu pisarskiego jest kunsztowna, dobitna i ekspresywna, idealny hak na osoby lubujące w wyraźnej funkcji poetyckiej w prozie.

Mimo że wątek magiczny wciąż pozostawia po sobie pewien niedosyt (choć zostaje znacznie poszerzony w tym tomie), TRATD ofiarowało mi to, czego The Wrath and the Dawn nie było w stanie. Renée Ahdieh urozmaica fabułę, rozpościerając przed czytelnikiem nowe krajobrazy, zabierając go na skalne klify, pustynne morza czy do bogato zdobionych wnętrz marmurowych pałaców. Zupełnie nowe miejsca dawały świetny pretekst do dalszej eksploracji, jak i stanowiły idealne tło dla nowych intryg i szokujących rozwiązań. Akcja przyspiesza i staje się o wiele bardziej ekscytująca niż w pierwszym tomie, przyprószoną sporą dozą zagrożenia i niebezpieczeństwa, trzymającą czytelnika w zdrowej niepewności. Antycypacja nie kończy się na kulminacyjnym momencie, głód kontynuacji powieści trwa aż do samego końca, natomiast Renée Ahdieh we wprawie, z jaką rozpoczyna i kończy kolejne rozdziały, przypomina Szeherezadę. Z wyczuciem i finezją spisała historię epickiej miłości dwóch ludzi, którzy należeli tylko do samych siebie, ale przynależeli razem w świecie uwięzionym w okowach buntu, namiętności, zemsty, czarnej magii, latających dywanów i klątw przypieczętowanych ostatnią kroplą krwi.

piątek, 27 maja 2016

"Próba Żelaza", Holly Black, Cassandra Clare



Na nieszczęście dla autorów chcących maczać palce w magii i nadzwyczajnych szkołach dla dzieciaków z wyjątkowymi zdolnościami J.K. Rowling bardzo wysoko postawiła poprzeczkę publikując serię o chłopcu, który przeżył. Jeśli ktoś pragnie zanurzyć się w świat czarów i uroków sięga po Harry’ego Pottera; jeśli ma ochotę zniknąć w rozbudowanych realiach magów powraca do Hogwartu. Porównując swoją twórczość do dzieła brytyjskiej pisarki łatwo się załamać i najlepiej nie pisać już nic, skoro wszystko już było. Duet Holly Black (współautorki Kronik Spiderwick) i Cassandry Clare (twórczyni uniwersum Nocnych Łowców) postanowił jednak spróbować swoich sił w stworzeniu powieści inspirowanej tytułem Rowling i zobaczyć, czy wyjdzie z tego Jedna Wielka Podróba czy też świeży, niezależny cykl.

Każdy choć raz w życiu zastanawiał się, jakby to było umieć czarować. Przesuwać przedmioty siłą woli, kontrolować wodę, zapalić ogień w kominku pstryknięciem palców, unosić się w powietrzu. I nadal wielu z nas czeka na wymarzony list z Hogwartu, choć 11. urodziny już dawno minęły. Nauka w szkole magii brzmi o wiele bardziej kusząco niż spędzanie czasu na żmudnej pracy domowej z fizyki czy referacie z biologii.

Dla Calluma Hunta trafienie do Magisterium brzmi bardziej jak koszmar niż spełnienie marzeń. Od małego ojciec wpajał mu, iż magia prowadzi jedynie do zniszczenia, a magów oskarżał o przedwczesną śmierć żony. Podczas gdy inne dzieciaki zrobiłyby wszystko, by przejść Próby Żelaza i dostać się do szkoły magii, tak chłopiec nie myśli o niczym innym, jak o oblaniu testów. Magisterium zdaje się jednak potrzebować Calla bardziej, niż mógłby przypuszczać.

Paraleli między powieścią Rowling oraz Black & Clare nie da się zignorować i oczywiście mogłabym wypisać tutaj całą masę podobieństw, aczkolwiek nie wiedzę w tym większego sensu – oprócz ogólnego zamysłu i podstawowego konceptu obydwie serie znacznie odbiegają od siebie. Magisterium nie ma nic wspólnego z Hogwartem, poza tym, że skupia młodych, uzdolnionych magów. Idea czarów obraca się wokół pięciu żywiołów - wody, ognia, ziemi, powietrza i chaosu - natomiast uczniowie kształtują się w kierunku pierwszych czterech. Ostatni element należy do rzadkości, lecz gdy ostatnio ktoś potrafił nim władać, świat czarodziejów pochłonęła krwawa wojna.


Bardzo dobrą decyzją okazało się umieszczenie szkoły pod ziemią, gdzie klasy wykute są w niekiedy w litej skale, a ukryte przejścia prowadzą do jaskiń oblepionych lśniącym w ciemności mchem albo wypełnionych nieprzeniknioną taflą jeziorka. Magisterium intryguje mnogością nieznanych obiektów, tras i pomieszczeń, które nijak mają się do pierwotnych oczekiwań wobec lektury. Koncept duetu jest powiewem świeżości wśród elitarnych akademii umieszczonych w starych zamkach i wiekowych budowlach. Tymczasem pomysł na całokształt nie osiągnął w pełni swojego potencjału, dostajemy zaledwie garstkę szczegółów, zanurzając w świecie przedstawionym jedynie opuszki palców. Etapy Prób Żelaza zostały dobrane chaotycznie i jakby bez większego sensu, lekcje w Magisterium ograniczają się do krótkich wzmianek bądź nużących opisów, sama szkoła zdaje się istnieć w oderwaniu od reszty świata magów - jedynym rysem historycznym jest jeszcze świeża w pamięci magów wojna z Wrogiem Śmierci.

Fakt faktem, intencjonalnie autorki kierują powieść do osób w wieku przed- lub gimnazjalnym, oscylując wokół wieku głównego bohatera, dwunastolatka. Starsi czytelniczy mogliby poczuć pewien niedosyt w braku detali formujących pełnowymiarowe uniwersum czy ogólnym zarysie postaci. Mimo to Próby Żelaza mają w sobie coś, czego nie dostrzeże młodszy odbiorca. Choć Black & Clare upewniły się, iż tematyka nie ciąży na powieści, aby ta mogła być przystępna i prosta w odbiorze, przemyciły kilka mrocznych elementów, również tych z pogranicza szarej strefy moralności. Powieść otwiera przecież scena masakry (bez szczegółów), dalej zostajemy zaznajomieni z magią chaosu, będącą w stanie doprowadzić do obłędu, widzimy bohaterów zmagających się z kuszeniem mocy, uczymy się o postaciach, które mimo młodego wieku straciły rodziców. Autorki nigdy nie akcentują tematów ciężkich, choć ich tutaj nie brakuje, dzięki czemu i starszy czytelnik ma szansę dać się powieści pochłonąć.

Callum może i przypomina Harry’ego w porywczości i lekkomyślności, jednak jest w nim mnóstwo wątpliwości dotyczących Magisterium. Przez całe życie uczony był o okropnościach, jakie mogą go tam spotkać, a przejście Prób Żelaza przypominało ostateczne skonfrontowanie wpajanych mu prawd z rzeczywistością. Wcale nie znalazł się w szkole jako Wybraniec, lecz jako zwyczajny młody mag, mogący stanowić zagrożenia dla normalnych ludzi. Mam wrażenie, że to zasługa Clare, ponieważ ona ma dryg do takich rzeczy, ale na szczególną uwagę zasługuje przyjaźń dwóch chłopaków. Callum przez niesprawną nogę nie potrafi wykonywać niektórych czynności, lecz Aaron zawsze znajdzie się obok, by mu pomóc, ale nie w przesadzony, nachalny sposób. Czytelnik zawsze czuje jego cichą obecność, wyciągniętą dłoń, rękę pomagającą utrzymać w pionie, natomiast ów gesty nie mają w sobie nic z lekceważącej litości. Call jest dla niego przeciwwagą, kimś, bez kogo mógłby przekroczyć pewne nieprzekraczalna granice. Pojedynczo nie błyszczą na tle całokształtu, dopiero wspólnie zwracają na siebie uwagę.


W pierwszej połowie lektury wahałam się, czy z niej nie zrezygnować, gdyż niedopracowane Próby Żelaza i nużąca fabuła pozostawiały wiele do życzenia. Akcja nabiera tempa dosyć późno, aczkolwiek czekanie się opłaciło, kiedy dotychczasowa wiedza młodych magów boleśnie zderza się z zagadkami ukrytymi w przeszłości. Na kartach powieści autorki ukryły niebezpieczne sekrety, postacie o dwóch twarzach - niektóre z nich nawet nie wiedzą, że skrywają w sobie jeszcze jedną maskę. Wojna magów pozostawiła po sobie wiele niedopowiedzeń, a duża część z nich zostaje wyeksponowana w absolutnie fascynującym finale, z mnóstwem zaskakujących zwrotów akcji i szokujących rewelacji. Ta seria przybiera zupełnie inny obrót niż książki z cyklu o Harry’m Potterze, w pewien sposób bardziej mroczny i zupełnie niespodziewany.

Autorki końcówką nadrabiają wszelkie niedociągnięcia, ponieważ ja już nie mam wątpliwości, iż sięgnę po kontynuację. Wyraźne widać, w jaką grupę wiekową celował duet pisarek, po płytkiej kreacji świata przedstawionego i nielicznych nietrafionych żartach. Jako starszy czytelnik zdołałam odnaleźć swoje miejsce w Magisterium, wśród przerażających konsekwencjami wpływów czarów, nietuzinkowego miejsca akcji, jakim są jaskinie szkoły, absolutnie rozkosznej, męskiej przyjaźni i szczypcie niepokojących wątków, tylko czekających na zgłębienie. Od porównań do HP być może i nie da się uciec, jednak bardzo łatwo jest pozwolić im rozpłynąć się w innych wątkach, aby ostatecznie przybrały one zupełnie inne oblicze. Próby Żelaza to prosta i niewymagająca książka, lecz cokolwiek zdumiewająca i absorbująca.

Tytuł oryginalny: The Iron Trial
Seria/cykl wydawniczy: Magisterium #1
Wydawnictwo: Albatros

niedziela, 22 maja 2016

"A Court of Mist and Fury" (Dwór cierni i róż #2), Sarah J. Maas



W baśni dobro zawsze triumfuje nad złem, Jaś i Małgosia odnajdują drogę do domu, Śpiąca Królewna wybudza się ze snu po pocałunku prawdziwej miłości i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nie inaczej potoczyła się historia Pięknej i Bestii, gdzie ona dostrzega urok skryty pod zewnętrzną warstwą brzydoty, gdzie prawdziwe uczucie opiera się nie na fizycznej atrakcyjności a na wspaniałości duszy. U Disneya po zdjęciu klątwy książę wraca na powrót do swojej prawdziwej (przy okazji pociągającej) postaci, odczarowany zostaje również dwór, natomiast kurtyna opada w chwili zachwycającego balu: zakochanej pary tańczącej wśród mieniącego się złota kandelabrów i szmeru skrzącej się sukni Belli.

Baśnie nie bez powodu zostają urwane w pół słowa. Co jeśli Bestia, pomimo pozbycia się klątwy, wciąż pozostały Bestią - ale w środku? Co jeśli jego przeszłość, i przy okazji przeszłość Belli, nie pozwoliłyby im na zasłużone szczęśliwe zakończenie?

Po krwawych próbach pod Górą Feyre nie tylko złamała przekleństwo wiążące ukochanego Tamlina, lecz również wyzwoliła resztę Dworów spod jarzma Amaranthy. Przyszło jej zapłacić najwyższą cenę, aczkolwiek teraz rozciąga się przed nią cała wieczność delektowania się życiem jak ze snów. Chociaż... Sny niekiedy przybierają formę koszmarów, dom zmienia się w więzienie, a mroki przeszłości tak ciasno przywierają do ciała, że stają się drugą skórą.

Dwór cierni i róż był jedynie zapowiedzią, ułamkiem wspaniałości, jakie przygotowywała już w trakcie tworzenia pierwszego tomu Sarah J. Maas. Wtedy lektura wydawała mi się niepełna, niezrozumiała w kontekście zdobytej popularności, ledwo ponadprzeciętna. Po przeczytaniu A Court of Mist and Fury miała wrażenie, jakoby klątwa nie tylko ograniczała Dwory, lecz także potencjał trylogii. Złamanie przekleństwa zdjęło łańcuchy z potęgi książąt w równej mierze, jak z możliwości powieści.


Jak Marissa Meyer w Sadze księżycowej kolejne tomy poświęca innym retellingom, tak Maas zdaje się podążać podobnym tropem. Dwór cierni i róż niewątpliwie należał do Pięknej i Bestii, cała powieść była jawną reinterpretacją baśni, którą wielu pokochało dzięki zapierającej dech w piersiach animacji Disneya. Wtedy też pojawiła się zapowiedź nawiązania do mitologii greckiej, gdy Rhysand pomógł Feyre w zamian za comiesięczne wizyty na Dworze Nocy - zapewne tylko nielicznym umknęła paralela między nimi a Persefoną i Hadesem. To chyba jedna z najbardziej fascynujących par w dawnych wierzeniach; sztuka lubi doszukiwać się tam nowych możliwości, przywiązania opartego na trudnych relacjach, lubi wysnuwać pytania - jak to jest kochać boga Podziemi? czy królestwo umarłych rzeczywiście opiera się jedynie na cierpieniu i udrękach?

Maas ciągnie do mrocznej tematyki, szarej strefy moralności i trzeba przyznać, że wyśmienicie się w nich odnajduje. Po mistrzowsku ukazuje wpływ wydarzeń z pierwszego tomu na wszystkie aspekty życia bohaterów, odznaczając się godną pozazdroszczenia dbałością o szczegóły. Wiele uwagi poświęciła protagonistce, niezwykle realistycznie oddając nagłe napady lęku, koszmary skrywające się tuż pod powiekami, emocje kotłujące się w nowym, silniejszym ciele. Ukazuje osobę zniszczoną, ignorowaną, niedocenianą, ugłaskiwaną w sposób łamiący serce, malując portret dziewczyny-ducha. Aczkolwiek pod całym tym bólem skrywa się przecież łuczniczka, która przez lata utrzymywała rodzinę przy życiu, bohaterka, która przetrwała krwawe próby i wyzwoliła Prynthian, wreszcie osoba świadoma swoich praw i racji, fae o ludzkim sercu, należąca jednocześnie do żadnego i do wszystkich Dworów.

Nie tylko protagonistka zostaje tu przedstawiona jako silna postać kobieca, więcej tu kobiet posiadających realną pozycję, władczych, stanowczych. Są odbiegające od wyidealizowanych stereotypów relacje siostrzane, wyciosane w trudnych, drastycznych warunkach oraz więzi czysto przyjacielskie, gdzie dialogi niekoniecznie obracają się wokół mężczyzn (!!!). Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy, że w tytułach z wyraźnie zarysowanym wątkiem romantycznym dziewczyny praktycznie nie posiadają jakichkolwiek relacji albo są one na tyle płytkie, że trudno cokolwiek więcej o nich powiedzieć.


W relacjach z Tamlinem Feyre przypomina Roszpunkę, zamkniętą w wysokiej wierzy, zniechęcanej do świata na zewnątrz, trzymanej w aurze niezadanych pytań i skrywanych odpowiedzi. Paradoksalnie Dwór Nocy stanie się symbolem odrodzenia, nowego życia, podczas gdy rola ta powinna przypaść Wiośnie. To Rhysand będzie starał się nie tyle przejąć mrok Feyre, co przekuć go w broń. Samo stwierdzenie wskazuje na respekt, na traktowanie dziewczyny jako osoby równej sobie, istoty całkowicie samodzielnej. W A Court of Mist and Fury obydwoje startują z miejsca pełnego cieni, w ich interakcjach pełno jest ostrożności, przestrzeni, gry pozorów, a jednocześnie śmiałych posunięć i balansowania na ustanowionych przez siebie granicach. Ich relacje są pełne sprzeczności, dlatego też nie mogłyby odkrywać innej roli niż katalizatora paraliżujących doznań. Doskonale poprowadzone dialogi odkrywają akurat tyle, by czytelnik z gorączkową niecierpliwością wyczekiwał kolejnych sposobności na rozmowę, z kolei portrety psychologiczne postaci splatają się w wyjątkowy, pełen bólu, odłamków i trudno skrywanej tęsknoty arras. Nie chciałam, by ta książka kiedykolwiek się skończyła.

Akcja w Dworze cierni i róż przez większą część czasu trwała w zawieszeniu, natomiast A Court of Mist and Fury tętni życiem od pierwszych stron, a zagadkowe relacje Feyre i Rhysanda oraz ich zajmujące portrety psychologiczne jako indywidualności nie są jedynymi wątkami, trzymającymi czytelnika w niepewności i antycypacji. Dwór Nocy odkrywa przed odbiorcą wachlarz możliwości, stanowiąc bramę do rozległego i pełnego wspaniałości Prynthianu. Maas zagłębia się w aspekty kulturalne i obyczajowe, przedstawia pełniejszy obraz wierzeń, mitów i historii terenów należących do fae, kreśli mapę areny politycznej, delikatnych relacji z Hybernią i rasą ludzką. Tak dobrze przygotowany świat przedstawiony tworzy wprost wymarzone tło dla powieści wchodzącej w kategorię prawdziwego fantasy aniżeli lektury z sekcji Young Adult.

W tym kontekście książka szokuje najbardziej, ponieważ Maas kojarzona jest raczej jako autorka tytułów młodzieżowych. Podczas gdy Dwór cierni i róż dawał do zrozumienia, że jest skierowany również do starszego odbiorcy (choć niekoniecznie), tak tutaj wręcz prosi się o czytelnika dojrzałego, w okolicach pełnoletności. Powieść w przedziwny sposób urzeka nieludzkim zachowaniem fae, ich okrutną brutalnością, pierwotnymi instynktami i szczątkowym zezwierzęceniem. Cielesność i pożądanie odważniej panoszą się na kartach książki, natomiast autorka nigdy nie gorszy i trzyma w ryzach dobrego smaku.


Sarah J. Maas dała mi coś, czego od kilku tygodni, jeśli nie miesięcy, żaden inny autor nie był w stanie - książkę, dzięki której cały otaczający mnie świat przestał istnieć, gdzie kartek ubywało zbyt szybko, a ja miała nadzieję, że magia Prynthianu przeniknie do mojej rzeczywistości, wyczarowując kilkaset dodatkowych stron. Przeróżne stwory rodem z mitów i legend, elementy należące do folkloru budzą się do życia, pojawia się prastara magia i antyczne formy. Pod względem różnorodności istot, spowijającej ich atmosfery niesamowitości i grozy nie mogłam zignorować podobieństw do Deathless Catherynne M. Valente - ta pozycja była królestwem kreatur przynależących do słowiańskiej mitologii, a jej esencjonalne elementy niekiedy przebijały się na wierzch wielu warstw wariantywnych wątków w A Court of Mist and Fury.

Rhysand w pewnym momencie powiedział, że są różne typy ciemności i o tym właśnie jest ta powieść. Ciemność może pożerać, niszczyć, trwożyć, może być narzędziem tortur kojarzonym z lochami bez wyjścia i koszmarami przychodzącymi w nocy. Istnieje jednak ten typ ciemności, który będzie kojący i delikatny, jeśli tylko mu na to pozwolisz. Lektura skupia się na walce z najmroczniejszymi zakamarkami umysłu i ewentualnym zaakceptowaniu ich, zrobieniu z nich swojej siły, a nie słabości. Wszystko w drugim tomie trylogii zostało dopięte na ostatni guzik, poczynając od szczegółowego świata przedstawionego, przez absolutnie rozkoszny wątek romantyczny, wciągającą fabułę, wnikliwe portrety psychologiczne po autentyczne relacje między postaciami. Jeśli po lekturze Dworu cierni i róż macie jakikolwiek wątpliwości, czy warto ciągnąć po kontynuację zapewniam, że więcej, niż warto. A Court of Mist and Fury skupia w sobie najlepsze cechy z gatunku fantasy, pobudza zmysły odważniejszymi scenami i zachwyca delikatnością prywatnych dialogów, czerpiąc z elektryzujących romansów. Pozwólcie oczarować się blaskiem gwiazd, błyskiem szponów w ciemności, subtelnością i zmysłowością wątku romantycznego, trzymającą w napięciu fabułą. Obiecuję, że w pewnym momencie pokaźna objętość ponad sześciuset stron Wam nie wystarczy.

wtorek, 17 maja 2016

"Dziedzictwo ognia", Sarah J. Maas [BEZ SPOILERÓW]



Mam cały arsenał tych tak zwanych unpopular opinions, którymi szastam na prawo i lewo, a jedną z głównych i najważniejszych od zawsze była moja opinia na temat Szklanego tronu. Pierwsze dwa tomy serii czytało się naprawdę przyjemnie, bywało niebezpiecznie, tajemniczo, mrocznie, aczkolwiek drażniły mnie dziecinne dialogi, infantylne zachowanie, styl wołający o pomstę do nieba i ta przeklęta Celaena, nawet nie dorównująca czynami swojej sławie. Jak trzecia część mogła potencjalnie zmienić moje spojrzenie na serię? A no tak, że teraz mogłabym paść przed Maas na kolana i dziękować za Dziedzictwo ognia.

Spomiędzy kartek wypełzają stwory z mitów i legend; to książka ciężka od prastarej magii, ustnych przekazów i poległych w chwale wojowników. Do poprzednich tomów autorka dorzuciła jedynie szczyptę czarów, jeżeli porównać go z tym, po brzegi wypełnionym fantastycznymi istotami. Na piedestale zostają ustawione faerie, do złudzenia nawet już nieprzypominające ludzi, a zwierzęta. Są okrutni, bezwzględni, zaborczy i terytorialni. Maas po mistrzowsku rozgranicza istoty o spiczastych uszach od człowieka, czytelnik nie ma wątpliwości, że pełne gracji i ukrytej siły stworzenia odczuwają i widzą świat zupełnie inaczej.

Tutaj nawet nie chodziło o to, by powieść reprezentowała sobą zapierające dech w piersiach widowisko pod względem fabuły. Nie, autorka samym klimatem przesiąkniętym magią trzyma czytelnika w żelaznym uścisku, wciągając coraz głębiej w realia Erilei, aby zapomniał o całym otaczającym go świecie. Akcja trzyma w napięciu ilekroć z ciemności wypełzają mroczne kreatury, potęgujące atmosferę grozy i niepokoju; gdy Celaena stoi u progu wytrzymałości; w chwilach magicznych sparingów. Wtedy, gdy już nie mamy jak uciec z szokująco brutalnej i nieludzkiej rzeczywistości – wtedy pozwala bohaterom triumfować.


Cała otoczka nadprzyrodzonych zjawisk kreuje mroczną, tajemniczą atmosferę, współegzystującą z batalią rozgrywającą się w sercu Celaeny. Musicie wiedzieć, że powieść nie tylko przesiąkła magią, ale również emocjami Zabójczyni Adarlanu, pulsującymi bólem i niepewnością. Poznajemy ją od zupełnie innej strony, chociaż wciąż nie przestaje podbijać serc czytelników arogancją i niebezpieczną pewnością siebie. Maas udało się zdobyć szczyt mistrzostwa w ewolucji portretu psychologicznego postaci, ponieważ wniknęła w sam środek prawdziwej, cholernie trudnej walki o pogodzenie się z przeszłością, konfrontacji z niechcianym, odtrącanym przez lata dziedzictwem, batalii ze wstydem, lękiem, autodestrukcją. Surowe, niebezpieczne w swej gwałtowności emocje uderzają w czytelnika falami i poruszają do żywego tak, jak jeszcze żaden tom Szklanego tronu tego nie zrobił.

W Dziedzictwie ognia pisarka odsuwa na bok dziecinadę rozterek miłosnych, choć wciąż pobrzmiewają echem gdzieś w tle, wciąż stanowią integralną część głównej bohaterki. W ich miejsce tka relacje damsko-męskie, bardzo ważne, ponieważ nie romantyczne. Opierają się na lojalności, na powinowactwu dusz i, co najlepsze, są silne, wręcz nierozerwalne, a wciąż czysto platoniczne. Więzi nie pojawiają się od tak, bezpodstawnie; formuje je ból, cierpienia, ostre słowa. To więzi wojowników doświadczonych przez los, którzy są dla siebie kubłem zimnej wody, nie żadną litością czy przesłodzonymi i absolutnie nie na miejscu gestami.

Mogłabym narzekać na fakt, że obok dominującej, zabójczej Celaeny pojawiają się jedynie mężczyźni, co prawda intrygujący i dalecy od szablonowości, lecz wciąż niwelujący jakiekolwiek szanse na relacje czysto dziewczęce. Wtedy z pomocą przychodzą rozdziały z całkiem innego punktu widzenia, bardziej wypranego z emocji, mniej ludzkiego, acz pełnego niesamowitości i cieni – czarownicy Manon. Przyznaję, że początkowo jej narracja wydawała mi się najnudniejsza, aczkolwiek zawikłany kodeks praw sabatów znacznie różni się od zasad ustanowionych przez zwykłego człowieka. Podobnie jak w przypadku faerie bliżej im do zwierząt, są krwiożercze, rywalizujące o dominację, przebiegłe. Ich codzienność jest groźna i brutalna, wciągająca bardziej, niż pędząca akcja.


Od pierwszego tomu Szklanego tronu styl Maas zmienił się diametralnie, stał się bardziej dojrzały, wywarzony. Fenomenalnie równoważy sceny humorystyczne z cięższymi, o naturze psychologicznej, przemycając do serii coś nowego. Wie, jak wywołać wstrząs w umyśle czytelnika, nagle bardziej zdaje sobie sprawę, jaką słowa mają moc i jak, odpowiednio użyte, potrafią innymi zawładnąć. Dziedzictwo ognia wykracza poza kartki, poza świat czysto fikcyjny, całą sobą manifestując nadzieję i siłę, na zasadzie kontrastu zestawiając ludzkie serce Celaeny z twardymi, prastarymi sercami faerie i posądzanymi o brak serca czarownicami, ludzkie instynkty ze zwierzęcymi odruchami. Na piedestale stoją pulsujące uczucia, najciemniejsze zakątki umysłu i pytanie: czy rzeczywiście potrzebny jest potwór by zwalczyć innego potwora? Maas otwiera przed czytelnikiem nowe zakątki swojego świata, swoich postaci, snuje uzależniającą wielowątkowością i przesytem doznań historię i na czas lektury (a nawet po jej zakończeniu) cała otaczająca nas rzeczywistość przestaje istnieć.